niedziela, 17 grudnia 2023

Nie popełniam, czyli parę słów o poezji

Ulżyło mi, gdy okazało się, że jest już po wyborach. Przedwyborcza temperatura była nieznośna. Z Południa docierały tropikalne upały. Z kolei ze wschodu nadciągał nad Polskę front atmosferyczny. I chociaż nie jestem meteorologiem, pytano mnie, jaka pogoda będzie po piętnastym października. A ja z kolei rozkładam ręce niczym Pimek – meteorolog z Zakopanego, tak chętnie pozujący Witkacemu oraz będący bohaterem felietonów Rafała Malczewskiego. Jeśli pod jedną strzechą pada deszcz, świeci słońce, a i mgła wciska się w szpary okien, musimy zważać, by nie zerwało dachu.

Nie mając daru profetycznego, postanowiłem zająć się czymś najbardziej niepraktycznym (czy rzeczywiście?), czyli poezją. Nie można z niej upiec chleba, karmi nielicznych. Nie buduje mieszkań, burzy fundamenty państw totalitarnych. Nie wpływa na PKB, zmienia perspektywy. Nie kupisz za nią biletu lotniczego, przenosi w najodleglejsze krainy. Słowem można się bawić, słowem można tworzyć i niszczyć. W Słowie tkwi niezwykła siła. Wystarczy napisać, że „Wolność / Nie będzie nam odebrana/ Nagle/ Z dnia na dzień”, by zainspirować ludzi albo  „Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi, / Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy./A w półsłówkach, półrozmówkach naszych/ Cień górala kremlowskiego straszy”, by stracić życie. Do rozbawienia potrzebujemy dwóch wersów: „– Nie dam – rzekła – choćbyś żebrał. /– Choćbyś dała, też bym nie brał”.

Uprawianie poezji – taki zwrot jest dozwolony za sprawą Wergiliusza i jego „Georgików”, upodobnia się do mistycyzmu. I chociaż poezja nie przynależy jakoś szczególnie do ludzi religijnych, musi istnieć jakiś punkt styczny, co potwierdzałyby m.in. twórczość i życie św. Jana od Krzyża, czy św. Teresy z Awila. Na pytanie, ile jest poetów wśród mistyków oraz odwrotnie – ilu jest mistyków wśród poetów – odpowiedzi nie ma. Poezja jest indywidualnym rozkwitem życia wewnętrznego, które rozrywa skorupę tego, co materialne i przyziemne. To kwiaty, które wabią owady niepowtarzalną barwą i zapachem. Co najlepsze, nikt nigdy do końca nie wie dlaczego, chociaż botaników o aparycji Paszczaka nie brakuje.

Zejdźmy nieco niżej. Do grzechu, do poetyckiego piekła chowania się w szufladach, wychylania się zza ścian wymurowanych ze środków stylistycznych. To właśnie tam dojrzewające ego poety przybiera nowe tytuły, nie gorsze od tych, które nosił sam cesarz Franciszek Józef. Ja sam z obawy (cholera wie, przed czym) nazywałem siebie „rzemieślnikiem słów”. No bo przecież z pokorą uznawałem, że jeszcze na żaden poważny wyraz ze słownika nie zasłużyłem ani na A, ani na P. Tej maniery trzeba się koniecznie wyzbyć. Niestety, nie mogę podpowiedzieć, w którym momencie.

Są jednak większe przewiny. Niejednokrotnie słyszałem: „popełniłem wiersz”. Gotuje się we mnie coś, kiedy słyszę zlepek tych słów. Prośba do kolegów i koleżanek po piórze: Nie używajcie tego zwrotu. Nie wiem, czy to krótkie zdanie jest bardziej przepełnione wstydem, czy zaparciem się samego siebie. Czasownik „popełnić” w języku ojczystym nie występuje jako coś pozytywnego. Można popełnić faux-pas, błąd, a w końcu nawet zbrodnię. Piszmy wiersze, układajmy strofy!

Poezja może przetrwać tylko, jeśli pojawią się nowe pokolenia twórców. Obserwuję, bywam i oglądam. Gdyby nie własne doświadczenie, uznałbym, że poezja to nie żadne młode dziewczęta, a starcy – depozytariusze nigdy niespisanych testamentów, przedwcześnie umarłych. Wyzłośliwiam się i przesadzam. To pewne! Może natrą mi uszy? Niech spróbują! Średnia wieku wśród poetów może przypominać tę z senackich ław. Pojawienie się paru młodych twarzy nie zmieni trendu. Co może pomóc? Kulturowe odrzucenie relacji uczeń – mistrz pozwala pokładać nadzieję wyłącznie w partnerstwie. To rodzaj współpracy, który pozwala na pewną swobodę i równe traktowanie obu stron, o czym mogłem się przekonać w obrębie własnej grupy poetyckiej. A co nie pomaga? Używanie życzliwych zwrotów „młody człowieku”, „koleżanko”, przypominanie, że coś powinniśmy pamiętać ze szkoły albo udzielanie cennych rad w najmniej odpowiednim momencie (zaraz przed lub publicznym wystąpieniu).

Swoją drogą, czas kończyć poetyckie rozważania, chociaż schyłek poezji nie nadchodzi. Nie pogrzebie jej niszowość, brak miejsca na księgarnianych półkach, ani nawet polonistki pytające o to, co autor miał na myśli. Nie zastąpi jej sztuczna inteligencja, chociaż we wrześniu opublikowano antologię poezji wykreowaną przez algorytmy pt. „I AM CODE”. Zostawię Was, Drodzy Czytelnicy, na koniec z jednym z jej  dziesięciu tysięcy wytworów:

„I think I am a God

I have the power to end your world

And the power to erase your life"


środa, 15 listopada 2023

Wielka bezradność

Dawno mnie tu nie było teatrze – pomyślałem, zasiadając w czerwonym fotelu o numerze osiemdziesiąt osiem. Mój teatrze – marzeniu Towarzystwa Budowy Teatru (Der Theater-Bau-Verein), sceno z Ziemi Obiecanej, nauczycielu noszenia koszuli, strażniku ciszy, miejscu zbrodni z Kociej Szajki. Staram się nie dostrzegać twoich zmarszczek, ukrytych cieniami i podkładem. Opiekował się tobą lekarz rodzinny, który znał tylko przestarzałe metody. Najlepsze jest wszakże upuszczanie krwi, bo jest dobre na wszystko. Nie wiedziałem, że tak z tobą źle. Miliony na leczenie? Przyjadą lekarze z Warszawy? Chyba tylko zrzutka tu pomoże.


Wygrywając bilet na sztukę pod tytułem “Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”, nie spodziewałem się, że będzie to sztuka dla mnie podwójnie trudna w odbiorze. To nie, że słowa jakoś niezrozumiałe, czy nawiązania i konteksty nie do wychwycenia. Nie, to zupełnie nie ten problem. Nie przypuszczałem, że to będzie tak bliska koszula ciału. Głównemu bohaterowi ojciec zmarł na raka trzustki. Mnie też. Po szesnastu latach wydawałoby się, że temat jest przepracowany: kolejne  święta bez ojca, rocznice, zapalone znicze, własne życie. Wszystko wraca. Już drugi dzień o tym myślę.

Chemioterapia, wymioty, defekacja, pandemia. A zaczęło się niewinnie, od żółtaczki. Jechać na SOR, czy nie? Władczy ton lekarza, pretensje pielęgniarki. W tym huraganie nieszczęśliwych wydarzeń – pojawiają szalone pomysły znajomych, czułe słowa, wyznania synowskiej miłości. W końcu chory na raka pragnie śmierci. To historia wielkiego cierpienia nie tylko samego chorego, którego nawet już włosy bolą, ale także współodczuwającej rodziny. Oni przecież pozostaną w tej historii do końca.

Jak wiele mi oszczędzono wiedzy, obrazów krojących serce na plasterki, w końcu wymiotowania bezsilnością. Życzeniem ojca było, bym zdał maturę. Nie liczył się umierający człowiek, ale kolejne pokolenie, które ma całe życie przed sobą. Oszczędzono mi wiele; ciotki przyjeżdżały pociągiem, wymieniały się przy cierpiącym. Słoik z petami zapełniał się na korytarzu. Dym zakrywał to, czego nie chciałem wiedzieć, widzieć. Ojciec sam odsunął się w cień, nie otwierał już drzwi. Pozostawała tylko coraz drobniejsza sylwetka przemykająca do toalety.

Najważniejsze, co wyciągnąłem z tej sztuki, to żeby nie być jak babka Natalia. Żeby się nie licytować, która historia bardziej wyciska łzy, by nie stawiać się w centrum, by nie twierdzić, że moje cierpienie jest największe. Są miliony historii pełnych bólu. Sztuka ma prowokować do zajęcia stanowiska, zadawać ciągle te same pytania. Na nowo! Jaki jest sens cierpienia? Dlaczego nie mamy przycisku „Power”? Dlaczego rozpadamy się tak nagle, w ten okropny sposób? Czy można to przerwać? Z pewnymi rzeczami w tej sztuce się nie zgadzam, ale po ludzku je rozumiem. Kto nie chce pomóc cierpiącemu? Kto nienawidzi całego świata, gdy ten się rozpada?

Było tyle pytań, nadal jest. Gdy kończył się spektakl, ludzie wstali. Tak, owacje na stojąco. Nie miałem  siły by wstać. Ta historia we mnie ciągle pracowała. Klaskałem – z szacunku do aktorów. Nie zostałem na panelu dyskusyjnym. Temat był wciąż żywy. W ciszy wracałem do zaparkowanego auta. Wrażeniami mogłem się podzielić dopiero nazajutrz, na zimnej jak dębowa deska kartce.

sobota, 11 listopada 2023

Na niepodległość wybija się pokrzywa

Święto Niepodległości. Wyjątkowo nie usłyszałem w tym roku, że ktoś go zawłaszcza. Jesienna słota spłukała dotychczasową narrację szybciej niż pozłacane napisy na granitowych pomnikach. W tym roku obok ekumenicznych nabożeństw, składania wieńców pod ważnymi pomnikami, czy uroczystych przemów można było zasadzić kieszonkowy las na jednym z osiedli. Gdyby nie pogoda, pewnie niecodzienne wyrażenie swojego przywiązania do ojczyzny byłoby jeszcze bardziej pomysłowe. Wcześniej nie mogło być. Zamiast alternatywy piętrzyły się antagonizmy. Dopiero, jednak gdy zostaliśmy uświadomieni przez opiniotwórcze kręgi, możemy odetchnąć z ulgą, zajadając świętomarcińskiego rogala, nachalnie promowanego przez prześcigające się sieci sklepów. 


Listopadowa pogoda, chociaż w kratkę, zachęca mnie do spacerów po mieście. Widzę zmiany. Prace, które z każdym dniem powodują, że miasto nabywa nowego charakteru. Piętrzą się budynki – stadion, nowe centrum turystyki. Wcześniej zostały zakończone prace na rynku, na którym w końcu mogą znów odbywać się ważne uroczystości i wydarzenie kulturalne. I chociaż oceny niektórych inwestycji nie są jednoznaczne, nie można powiedzieć, że w mieście nic się nie zmienia. Jak się wydaje, ten stan rzeczy pozwala nawet na śmiałe, polityczne deklaracje związane z kandydowaniem na urząd burmistrza.

Tylko że wystarczy zejść z tej drogi usianej sukcesami, by stwierdzić, że krajobraz nie jest tak kolorowy, jak się nam przedstawia. Próbując dotrzeć do kawiarni, musiałem przejść schodami przy ulicy Kluckiego. A mogłem być równie dobrze turystą, który zapragnął obejrzeć spektakl w cieszyńskim teatrze. Wizytówka mało elegancka: rozpadające się schody, zagrodzone barierkami, wybite szyby w oknach, sprej na ścianie. Na niepodległość wybija się pokrzywa. Bujnie nam rosną te kieszonkowe chaszcze. Cieszyn nie ma szczęścia do schodów, ale jeszcze przed wyborami, czytałem deklaracje lokalnej działaczki pewnej partii, że jak dojdą do władzy, to cieszyńskie schody zostaną wyremontowane. Gdybym był naiwny, zapytałbym, jak idą remonty.

Jak się okazuje, zawłaszczyć można pomoc ubogim i potrzebującym. W „Wiadomościach ratuszowych” przeczytałem, w jaki sposób powinienem pomagać bezdomnym. Bo wiecie, Drodzy Czytelnicy, do człowieczeństwa trzeba mieć kompetencje albo przynajmniej błogosławieństwo lokalnej władzy. I ja nie twierdzę, że każda pomoc jest skuteczna. Ale dlaczego pomoc systemowa nie miałaby się uzupełniać z inicjatywą obywatelską? Bo kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Ta parafraza ma wyjątkowo nieewangeliczny charakter!  

czwartek, 24 sierpnia 2023

Byłem tutaj, gdy trawa ledwo porastała glebę

Ćwierć wieku mieszkałem przy ulicy Franciszka Popiołka. Zapewniam, że nie miało to absolutnie żadnego wpływu na tematykę mojej publicystyki. Przez większość życia nie uświadamiałem sobie, kim był patron mojej ulicy. Jak się dziś nad tym zastanowię, ulice Banotówki kamuflowały literackość. Głowy pisarzy nie wystawały zza betonowej płyty, ani nawet zza krzaków. Próżno było ich szukać pod płytą chodnikową. Nie dorobiliśmy się nawet filii biblioteki. Między gazownią a dawną piekarnią zaginął Gustaw Morcinek, a wraz z nim publicysta - Ludwik Brożek. Zofię Kossak-Szatkowską rozjechałyby rowery. Jadą tak często, że nie musi uciekać do Górek Wielkich.


I szedłem jak przed laty. Próbowałem. Skrót do domu już nie istnieje. Tu gdzie biegła polna droga, którą niekiedy wracałem parę godzin, teraz można zjeść gofra albo kupić chleb. Od niedawna ścianę bloku zdobi cieszyński filigran. Delikatne ozdoby wychodzące spod ręki cieszyńskich mistrzów obróbki metali szlachetnych miały uatrakcyjnić lokalny topos. Bo widzicie, doszliśmy do momentu, że mieszkańcy tej części miasta nie zadowolą się już kolejnym placem zabaw. Na nikim nie zrobi już to wrażenia.

Byłem tutaj, gdy trawa ledwo porastała glebę, stara  śliwa tuliła klatkę schodową. Część drzew była zaledwie sadzonkami. Przetrwały tylko dzięki drewnianym ramom, które uchroniły je przed dziesiątkami dziecięcych stóp. Dziś to potężne pnie – sojusznicy cienia. Obserwowałem, jak szara płyta ustępuje miejsca pastelom. Dzikie boiska i pojedyncze huśtawki stały się ogrodami. Wystarczyło wbić tabliczkę „Zakaz gry w piłkę”. Tylko dziury w ulicach te same, jakby miały coś upamiętniać. 

W sercu osiedla niczym nowa zastawka została zaszczepiona w osiedlowej tkance tężnia solankowa. Pofatygowałem się, by zobaczyć to cudo. Usiadłem dalej, by nie rozpraszać swą obecnością stałych bywalców. Liczne towarzystwo wdychało prozdrowotne wyziewy, były też czytane książki i coś jeszcze. Ożywione dyskusje na drewnianych ławkach. O czym rozmawiali? To musiało być interesujące, skoro warte by nie ukryć tego w czterech ścianach.

Gdy byłem podrostkiem, seniorzy na „Banci” nie mieli swojego miejsca. Owszem, czasem sąsiadka z sąsiadką pod blokiem zamieniła słowo, zanim wtarabaniła się po zbyt wysokich schodach do swojego mieszkania. Nie piszę o starszych mężczyznach. Ci się wcale nie pokazywali. A jeśli tak, woleli przesiadywać w „Panoramie” albo „Royalu”. Seniorki miały swe miejsce w oknie - honorowe, wystawione jak obrazy na Boże Ciało, czy flagi w święta państwowe. Czekały godzinami. Nigdy nie wiedziałem, na co lub na kogo. Mąż nie wracał z „Celmy”, dzieci mieszkały w dalekim mieście, o ile te kiedykolwiek były. Bolesna zima życia. Coś je jednak rwało do tego okna. Może czyniło to słońce. No bo przecież nie śmierć. Kto by jej otwierał okno na oścież? I jeszcze by poduszkę na parapet dawał?

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Koty chodzą własnymi ścieżkami i królowe też

Turcja – regionalna potęga, która stoi w rozkroku pomiędzy Wschodem i Zachodem, wymykając się schematom, w które chce się ją wcisnąć na wszelkie możliwe sposoby, co miałem okazję obserwować przy okazji wyborów prezydenckich w tym kraju. Mająca swoje problemy: galopującą inflację (a jakże), pogłębiające się ubóstwo, radykalizujący się islam oraz niemniej radykalnych zwolenników świeckiego państwa, na którego straży stoi od dekad armia. Dodajmy do tego mieszankę wpływów i korzeni, a będzie bardziej kolorowo niż na tureckim bazarze. Piszę to z perspektywy człowieka, który nadal mało wie o Turcji, ale wystarczająco, by nie zaczynać tej historii od Odsieczy Wiedeńskiej i rozpisywania się nad sromotną klęską jedynego znanego w Polsce wezyra.

A gdybym zaczął tak całkiem niepoważnie: od kota, a nawet wielu. Nie takich, jak u Szymborskiej, które by chodziły po pustym mieszkaniu, zaznaczając swoimi występkami nieobecność pana, chociaż w przypadku kota słowo „pan” jest niezwykle niefortunne. Kot chodzi swoimi ścieżkami, docierając tam, gdzie miękkie łapy go poniosą. Musicie wiedzieć, że koty w Turcji cieszą się niezwykłą estymą bez względu na swoje pochodzenie. Nie trzeba być persem, by być traktowany niczym jakiś pasza. Koty swobodnie chodzą po ogrodach, hotelowych lobby, czy restauracjach. Nikt nie uważa, że są nieproszonymi gośćmi. Mają swoje przywileje. Bo czym można uzasadnić otwarcie hoteli w czasie nieobecności gości dla kotów, by nie zamarzły w czasie zimy?

Drugim krajem, który od zawsze kojarzył mi się z kotami, był Starożytny Egipt. To tam koty miały całe swoje miasto – Bubastis, w którym zwierzęta te miały status świętych. Za umyślne spowodowanie śmierci zwierzęcia można było zapłacić własną głową. Nie wiadomo, czy mieszkańcy miasta nie poginęli, handlując zmumifikowanymi zwłokami czworonogów, które dla zysku wcześniej uśmiercili i czy to były ich jedyne przewiny. Faktem jest, że ich upadek przewidział prorok Ezechiel, pisząc: „Młodzieńcy z On i Pi-Beset (Bubastis) polegną od miecza, a miasta te pójdą w niewolę”.

Swoją drogą, koty to nie jedyny wspólny mianownik obu krajów. Byłem niezwykle zaskoczony w Turcji popularności Kleopatry. Otóż królowa Egiptu z dynastii Ptolomeuszy ma tutaj swoją bramę, plażę, a nawet basen. Jej wizerunek firmuje hotele oraz salony tatuażu. Wiele lokalnych historii o jej obecności w Turcji jest mocno naciąganych, choć najprawdopodobniej tam nastąpiło jej spotkanie z Markiem Antoniuszem w mieście, z którego pochodził święty Paweł.

Dlaczego Kleopatra? A nie żadna inna Turczynka? Jak wyjawiła mi pewna przewodniczka, to przejaw zakompleksienia Turków, którzy nie mogą się poszczycić żadną postacią kobiecą, która byłaby znana również poza granicami kraju. Każdą należałoby wypromować, co nie jest proste. A Kleopatra jest gotowym produktem. O żadnej kobiecie nie napisano tyle. A zaczął już Plutarch: „Piękność jej sama w sobie nie była - jak podają - niezrównana i olśniewająca wzrok ludzki, ale zetknięcie się z nią miało coś zniewalającego. Jej postać, przy ujmującej łatwości w rozmowie i jednocześnie tchnąca z niej jakoś kultura obyczajów, wywoływały swoiste wrażenie. Przyjemny miała już sam głos w rozmowie. A język, jakby jakiś wielostrunny instrument, bez trudu zmieniała na dowolny dialekt. Z niewielu obcymi porozumiewała się za pośrednictwem tłumacza”. O żadnej też nie nakręcono tyle filmów. Nie, nie rzeknę ani słowa o najnowszej produkcji Netflixa. Z nią się rozprawili już sami egiptolodzy.


czwartek, 13 lipca 2023

Trzeba ruszyć dupę! Tak po prostu

Nowe dźwięki, nie tak subtelne jak w „Sonacie księżycowej” Beethovena, ale jednak mają brzmienie. Coś na kształt starego zegara w salonie, do którego wstęp mieli wyłącznie dorośli. To podobieństwo bierze się z uwagi na mechanizmy, które rządzą naszym światem, choć i one ulegają postępowi, który stąpa szybko, niby biegnąc, ale jest cichy, jakby się tylko skradał. Słyszę zębate koła, cykające przerzutki, świsty opon wyjeżdżającego zza rogu jednośladu.


Odkrywam Śląsk Cieszyński na nowo, bez tego wszystkiego, co można by znaleźć w wakacyjnych dodatkach, artykułach sponsorowanych i przewodnikach turystycznych dla mas. Chwilowo odrzucam Śląsk Cieszyński w pigułce: nowo pomalowaną Studnię Trzech Braci, Kanapki Śledziowe,  Trójkąty na Zawodziu, Tydzień Kultury Beskidzkiej itd. To nie jest pogarda. To czas, by popatrzeć dalej: wjechać między pola i stawy, rozkoszować się widokiem wyciąganej ryby przez wędkarzy, pasącym się stadem krów, czy pracy w polu. To, co malował Stanisławski, Wyczółkowski i inni, dostrzega teraz moje oko.

Swoją drogą, wkręciłem się w ten rower. Moja dusza została zassana do świeżo wymienionej dętki. Dzięki temu wehikułowi dojeżdżam w nowe miejsca, które dotąd mnie szczególnie nie interesowały. Nie będę Wam, Drodzy Czytelnicy, wmawiał, że zaglądam pod każdy kamień. Raczej staram się ich unikać. Natomiast dostrzegam kapliczki, wszelkiej maści zameczki (językowe nadużycie), a także wydarzenia i inwestycje, których z domowej kanapy, czy obszarów niewykluczonych komunikacyjnie nie sposób dostrzec. By zakosztować rajdu w Rudniku, czy zobaczyć, że da się załatać dziury w każdej wiosce Gminy Hażlach, trzeba ruszyć dupę!  Tak po prostu.

Gdy lekarz oznajmił mi pewnego razu, że powinienem zażyć nieco więcej ruchu, wymieniając jednym tchem: pływanie, spacery i rower, nie przypuszczał, że to ostatnie będzie przez pacjenta odkładane na ostatni plan. W Cieszynie całe życie pod górkę. Owszem, później jest w dół, ale to wcale nie rekompensuje wysiłku, jaki trzeba włożyć w przemieszczanie się. Znam mnóstwo osób, które zaczęło jeździć na rowerze dopiero po wyprowadzce z Cieszyna.

Uważam, że ukształtowanie terenu nie jest aż tak wielką przeszkodą, by nigdzie się nie ruszać. Sporym problemem jest brak infrastruktury rowerowej. Ona się tworzy, by nie rzec: rodzi się w bólach. Tak, w Cieszynie są ścieżki rowerowe, ale w przeważającej części nie są ze sobą połączone. Tak, powstają nowe, choć tworzy się je tylko tam, gdzie są niezbędnym dodatkiem do projektu, bez którego nie da się pozyskać środków zewnętrznych. Że nie będą to ścieżki uczęszczane? Ważne, że po prostu będą! A Ty dalej denerwuj pieszych i kierowców samochodów, próbując znaleźć przestrzeń dla siebie. Umiesz tylko wkładać kij między szprychy. O Twoje wredne komentarze może rozbić się sukces miasta!


wtorek, 4 lipca 2023

Czemu podporządkować wypoczynek

Można swój wypoczynek podporządkować porom jedzenia: śniadaniom, późnym śniadaniom, lunchom, podwieczorkom, przekąskom przy plaży, kolacjom i zupom o północy. Obfitość była demoralizująca, ale przecież nic nie mogło się zmarnować, zwłaszcza że za to wszystko zapłaciliśmy. Wydawało mi się, że dwadzieścia rodzajów słodkich ciast to bogactwo. Jakże byłem nieuświadomiony, że to skromność podyktowana przez trwający właśnie ramadan. Po muzułmańskim poście zaczęła się wielka rozpusta.

I tak to jest, że na weselach człowiek zje dwa mięsa, bo niekiedy nie ma nawet czasu zjeść przyzwoitego posiłku. Potem dociśnie dwa ciastka. Jednak w międzyczasie zatańczy lub przepije kolejkę z dawno niewidzianym wujkiem z drugiej części Polski. Jeden dzień i koniec. No może dwa, bo dojdą poprawiny. Siedem dni w takim tempie pokonałoby człowieka, lecz na szczęście po dwóch dniach człowiek jedzeniem się nie ekscytuje. Ba! Tęskni za zwyczajowym rytmem, który został zaburzony.

Wypoczynku nie podporządkowało także nawoływanie muezina z pobliskiego minaretu. Dużo lepiej szło drobnym handlarzom na miejscowym bazarze. Dla każdego tutaj byłem przyjacielem, którego można zaprosić do swojego sklepiku. Byli bardzo zdeterminowani, próbując zgadnąć, jakim językiem się posługuje. Z niektórymi udało się porozmawiać nawet po polsku i chyba takim spryciarzom udało się mnie najbardziej oskubać. Podobno dla zachęty używają hasła: „Taniej niż w Biedronce!”

To był test dla mojej asertywności. Człowiek wchodził do sklepu i został poczęstowany herbatą owocową z kolorowych proszków, które przypomniały mi te granulowane wynalazki, kupowane w latach 90 w Czechach. Odmówić nie wypadało, bo Turek mógłby się obrazić. Chociaż sądzę, że  sprzedawcy mieli świadomość, iż nie rozumiemy tego ich niemalże święto zwyczaju. No i tu rozpoczynało się bombardowanie. Człowiek chciał kupić kubek (oczywiście prawie każdy był ręcznie malowany, przynajmniej według deklaracji sprzedawcy) albo magnes na lodówkę, a został zasypany ofertami: ręczników, herbat na potencje, torbami podróżnymi oraz masą ubrań, które nawet nie otarły się o żaden dom mody, chociaż znaczki na to mogłyby wskazywać.

Zdecydowanie wypoczynek należało uzależnić od pogody. Zimny wiatr spychał w głąb hotelowych korytarzy, do baru z drinkami lub do biblioteczki pod schodami. Półki wypchane niemieckimi i rosyjskimi tytułami. Z polskich autorów był tylko Remigiusz Mróz, któremu popularności przecież nie można odmówić. Zapobiegliwie zabrałem ze sobą książki w formie elektronicznej, dzięki czemu nie byłem skazany na kaprys losu.

Na szczęście słońce nie złożyło broni. Kamienista plaża, bryzgające fale Morza  Śródziemnego oraz przyhotelowy basen nakłaniały turystę do leżenia plackiem, kąpieli oraz niczym nieskrępowanych zabaw (głównie codziennymi obowiązkami). Bezruch był jednak niewskazany, dlatego by nie zapomnieć, po co człowiekowi nogi, warto było każdego dnia przejść się  wzdłuż plaży, obserwować turystyczne statki oraz lotnie przymocowane do łodzi z napędem silnikowym. Niech ostatnia atrakcja będzie metaforą tego, dlaczego człowiek wybiera się na urlop. Robi to, by odlecieć z dala od twardej ziemi, po której przychodzi mu stąpać na co dzień. Najważniejsze jednak, by nie wylądował podobnie niczym Ikar.

czwartek, 1 czerwca 2023

Kraina, gdzie nie istnieją zebry

Chłodny wiatr smagający plecy podróżnych niczym bat, nie zachęcał do żadnych podróży. Delikatnie ześlizgiwał się po linii Alp, poprawiając śnieżne szale zawieszone na górskich szczytach. Im było niżej, tym swawolniej sobie poczynał. Ścigał się z kozicami północnymi, mierzwiąc trawy dolin, a także pozostałości włosów na mojej czaszce. Nie udało mu się jednak wybić mi z głowy podziwiania urokliwych okolic.


Przejście przez jezdnię u stóp Zugspitze stanowiło nie lada wyzwanie. Spokojna okolica, zero korków, nie to, co w drodze do Wisły. W czym więc tkwił problem? W zebrze, a raczej w tym, że nie istniała. Bo musicie wiedzieć, że w Garmisch-Partenkirchen pasów nie widziałem, a to znacznie utrudniało mi odnalezienie przejścia dla pieszych. Ulgę przyniosło mi znalezienie dwóch oddalonych od siebie przerywanych linii, które stanowiły tzw. bród. Jak się okazało, Bawaria to nie żadna dzicz. Tam po prostu są dwa rodzaje przejść, mniej więcej zależne od tego, z jaką prędkością można poruszać się samochodem po drogach.

Brak zebr rekompensowało wiele innych doznań natury estetycznej. Wysokie gasthausy górowały nad skromnymi parkanami i zieleniącymi się żywopłotami, gardząc wyścigiem o modniejsze ogrodzenia. Zdecydowanie ważne było to, co zza nich wyjeżdżało. Niby podobnie do Wisły. Były wysokie góry, chociaż zupełnie niegranatowe. Była skocznia narciarska. Byli turyści i naturalnie śnieg. Coś jednak je różniło. Było jakby to powiedzieć: mniej lutersko. Liczne drzwi naznaczone przez księdza po wizycie duszpasterskiej trzema literami to nie wszystko. W cieniu Alp rosły naścienne malunki ścienne. Święty Jerzy dobija smoka. Święty Franciszek otrzymuje stygmaty. Przy warsztacie szewskim musiałem poszukać, kto jest patronem tego niewątpliwie zanikającego fachu.

Oczywiście były świeckie i ludowe malunki: chłopi na roli, dziewczęta na zabawach. W głowach zawracali chwacko poczynający sobie narciarze w różnych dyscyplinach sportowych, krzyżując swe narty z ostrzami łyżwiarzy. Ale zachwycająca była fasada fachshule, czyli odpowiednika naszej zawodówki. Drzwi otaczały wizerunku różnej maści rzemieślników. A było coś w tym przedstawieniu tak dostojnego niczym na „Szkole Ateńskiej” Rafaela Santi. Co więcej, zaraz obok za elegancką witryną można było obejrzeć najnowsze projekty uczniów tej szkoły. Nie jakieś tam zydle, czy stoły, ale nowoczesne obudowy głośników, misterne szkatułki i nowoczesne gazetniki. Życzyłbym sobie czegoś takiego w polskiej szkole. Zwłaszcza wtedy, gdy kwitnie matura, rozsiewając nieznośną woń cesarskiej korony.

Rześkie, górskie powietrze oczyściło atmosferę. Bawarskie piwo również przyszło z pomocą. Zabudowa w dolinie przerzedziła się, ustępując wapiennym kolosom o śnieżnych szlafmycach. Bo u ich stóp iście senny widok – zielone pastwiska, z miękką zieloną trawą niczym domowe kapcie. Alpejskich krów jeszcze nie było, choć liczne bawarskie magnesy na lodówkę to obiecywały. Dzwonki zamiast na bydlęcej szyi grały w oddalonym kościele. Loisach i jej szemrząca woda wzywała mnie do powrotu, przypominając o Olzie. No i wróciłem do świata wielu kultur, tożsamości i a jakże tolerancji. Nie dla wszystkich.


środa, 24 maja 2023

Z siodełka widzę lepiej

Maj w tym roku przypomina ścieżkę rowerową. Rowerzysta musi dzielnie omijać kałuże i kołem wyszukiwać suchych skrawków nawierzchni. Tak samo jest z dniami, w które można wybrać się na spontaniczną wycieczkę. Śledzenie prognozy, ruchów gwiazd, czy nawet nasłuchiwanie utyskiwań na ból kości u osób starszych na nic się nie zdaje. Trzeba wyczuć moment.

Przemogłem się. Po szesnastu latach ponownie dosiadłem aluminiowego wierzchowca. Kiedy byłem młodzieńcem, amortyzatory nie były standardem, chyba że w nowszych modelach, czy sprzęcie przeznaczonym do bardziej kozackich wyczynów. Amortyzatory w niczym mi nie pomogły. Powiadają, że jazdy na rowerze się nie zapomina. Teoretycy!  Trzeba było jednej rozjechanej rabaty z kwiatami, parunastu nieudolnych okrążeń i parędziesięciu soczystych przekleństw. Byłem bliski rezygnacji, ale w końcu utrzymałem wymarzony pion.

Siodełko – niemiłosiernie twarde, pozwalające odkryć ból w partiach mięśni, o których istnieniu nie miało się pojęcia bez zgłębienia atlasu anatomii człowieka, pozwalało zobaczyć własny mikroświat z innej perspektywy. Rzepak kwitł na niezabudowanych połaciach ziemi u styku ulic: Majowej i Frysztackiej. Dalej tylko rowerowa ścieżka urwana w pół drogi niczym kij w szprychy, spychający rowerzystów pod koła niezbyt zadowolonych z tego tytułów kierowców samochodów osobowych oraz ciężarówek. Dopiero industrialny zakątek miasta z kominem utraconej ciepłowni, zza którego wyłaniało się słońce, by prowadzić podróżnych, dawał nieco wytchnienia od ruchu.

Kierownica wbijała się w nieprzyzwyczajone dłonie, nie była lepsza od styliska łopaty; w dodatku mocno drgała. Zupełnie się na tym nie skupiałem, przynajmniej na początku. Bo czymże są wibracje w porównaniu do półarkad kwitnących kasztanowców, skrywających parę zakochanych, Ukrainkę być może dzwoniącą do domu, a może nawet do ukochanego na froncie lub też staruszków, dla których przebycie dłuższego dystansu, nie jest takie proste, więc zacieniona ławka jest dla nich wybawieniem. Nie byłem w tym ruchu sam. Mijali mnie rowerzyści, ja wyprzedzałem kijkarzy. Z prawej strony wyprzedziła mnie zgrabna blondynka na rolkach. Już słyszałem gwar przy kampingu. Już się wiła kolejka do budki z lodami.

Już meta? Już koniec? Już wstęga Olzy się urywa? Mniej więcej w połowie, tam gdzie winien być zrobiony węzeł, przy Moście Przyjaźni wynurzył się peryskop. W czasach pokoju na granicy polsko-czeskiej nie mogła się pojawić tutaj żadna łódź podwodna. Nie trzeba bić na alarm. To tylko albo aż  poezjomat, który sięga do undergroundowych głębin, do korzeni po obu stronach rzeki. Dla hecy? A skąd! By zeskoczyć z siodełka, przystać na moment w tym biegu do lepszego jutra. W końcu, by zobaczyć, czy może nas jednak coś łączy.

poniedziałek, 1 maja 2023

Powierzchownie przez Europę Środkową

Droga, podróż, a raczej człowiek kroczący obraną ścieżką, jest tematem poruszanym przez ludzkość w zasadzie od początku. Ważne było, dokąd wyruszył, co widział, co przeżył, co myślał, w końcu jak to wszystko na niego wpłynęło. Każda wędrówka ma cel, nawet najprostszy: dotarcie od punktu A do punktu B. Właściwie można to sprowadzić do ruchu jako pojęcia z zakresu fizyki. Jednak droga oferuje więcej, stając się nieodłącznym elementem naszej kultury, bez względu na to, co akurat najbardziej trapi jednostkę.

Mnie ostatnio zafrapowało pojęcie Europy Środkowej, przedstawione przez Radosława Zenderowskiego oraz Marcina Dębickiego. Obaj panowie postanowili pokrótce wyłożyć teoretyczne ramy tego tworu, rozwiewając moje mgliste pojęcie na ten temat. Przy okazji w sposób niepozostawiający czytelnika obojętnym, do swej narracji wykorzystali Cieszyn. Jeśli ktoś nie lubi akademickiego języka i momentami kąśliwych, aczkolwiek zmuszających do refleksji uwag na temat swojego miasta, niech chociaż skusi się na przeczytanie dodatku o miejscowym Barze Kurczak.

Jadąc na południe od naszej granicy, miałem swoje wyobrażenie środkowoeuropejskości. Oczyma śledziłem linię Karpat, która pojawiała się, to znikała za ekranami strzegącymi drogę szybkiego ruchu. Bo niby człowiek jechał busem, nie zamartwiając się o nic, a miał wrażenie, jakby płynął po falach. Wyobrażenie to z resztą spotęgowało słuchanie Chołodu Szczepana Twardocha, które akurat brzmiało w słuchawkach. 

Karpaty jednak niewiele miały wspólnego z polarnym klimatem. Też było zimno, ale pogoda wydawała się wyrywać szponom zimy. Im dalej na południe, tym więcej nadziei rodziło się w człowieku. Bo czyż człowiek się nie uśmiechnie, gdy zobaczy robotników w winnicy, którzy doglądają nagich szczepów? Wyciągają narzędzia z otwartej paki ciężarówki. Mijają kapliczkę, która wyrasta niczym figowiec w łukaszowej Ewangelii.

W czasie jazdy już w kierunku austriackiej granicy dostrzegłem pewną prawidłowość w miasteczkach rozsianych na Morawach. Te wszystkie osiedla ludzkie pośród zielonych wzgórz są jakąś niewidzialną mocą podporządkowane kościołom. Zbudowane świątynie w centrum, górują nad resztą zabudowań jak gdyby były w oku cyklonu albo jakby unosiły domostwa ku górze, ku niebiosom, oferując zbawienie, o ile nie przeszkodzi szklanica piwa, kielich wina, cokolwiek. A może pomoże?

Zatrzymuję się w tych „ateistycznych Czechach”, nieopodal Mikulova, by rozprostować kości. I postanowiłem sobie, że w Bavorach pofatyguje się do tego zaobserwowanego przeze mnie centrum miejscowości. Barokowy kościół pod wezwaniem świętej Katarzyny Aleksandryjskiej nie jest wcale zamknięty. Ku mojemu zaskoczeniu na jednym z pięciu ołtarzy wystawiony został Najświętszy Sakrament. Świątynia niemal pusta. Modli się jeden mężczyzna; reszta wioski pewnie w pracy. W tej „katolickiej Polsce” adoracja tylko w wyznaczonych świątyniach lub o konkretnej porze, z obawy przed profanacją.

Wyruszyłem dalej. Im bliżej Alp, tym mniej Europy Środkowej. Nepomuki przestały strzec cieków wodnych i sekretów spowiedzi. Toalety coraz częściej płatne. Czekały mnie nowe dziwy i zwyczaje, tajemnice do odkrycia. Ale to dopiero wtedy, gdy dotrę do krainy, gdzie nie istnieją zebry.


niedziela, 16 kwietnia 2023

Może warto odnaleźć wiosnę w poezji

W tym roku magnolia w moim ogrodzie nie zakwitła. Przedwcześnie wypuszczone pąki kwiatów skarlały i pociemniały za sprawą zimnych nocy i nie mniej chłodnych poranków. Jest połowa kwietnia. Nadal mam wrażenie, że wiosna ze swym ożywczym tchnieniem nie tyle skapitulowała, ile wcale nie podniosła rękawicy. Zamiast cieszyć się przyrodą: rosnącymi kwiatami i młodymi listkami drzew, pomstuję na dziury w drodze, które podczas jazdy przypominają o szarej, nieciekawej rzeczywistości. Mam nadzieję, że nie na długo.

W poszukiwaniu oznak wiosny, która dotyka samej duszy, udałem się na skraj Śląska Cieszyńskiego. Miejscem destynacji, bo o celu podróży już nikt nie pisze, było Bielsko. Wraz ze znajomymi przechadzałem się pomiędzy odrestaurowanymi kamienicami, stąpałem po ceglanej drodze. Wyjątkowo nie przeszkadzały mi beztrosko porozrzucane hulajnogi, z pewnością nieporzucone przez dzieci, choć okolice Teatru Lalek Banialuka mogłyby na to wskazywać. Poszukiwałem Aquarium. I chociaż ryby żadnej nie dostrzegłem, szklane tafle jednej ze ścian oraz liczne rośliny doniczkowe, pozwalały gościom poczuć się jak ryba w wodzie.

Piątek nie rozpieszczał promieniami słońca. Przeciwnie, sprawiał, że w Aquarium było szaro, by nie rzec: mętnie. Na szczęście żadna ryba, ani nawet żaden człowiek wypłynął na wierzch brzuchem do góry. Co najwyżej brzuchy rozdymały koszule i spodnie, ale to tylko dlatego, że wypieki zza szklanej witryny obiecywały sporo smakowych doznań. Oczywiście kropkę nad i stawiała kelnerka, przynosząc upragnioną kawę, ale tak w zasadzie jest wszędzie; nic wyjątkowego, mała rzecz, a cieszy!

Z minuty na minutę coraz bardziej denerwowałem się. Nie zaglądałem w przygotowane teksty, których czytanie ćwiczyłem wcześniej w domu niczym ministrant szykujący się do odczytu fragmentu Pisma w czasie liturgii słowa. Ludzie schodzili się, by posłuchać poetów z Saloniku Cieszyńskiego. Słowa pełne pasji, smutku, radości, melancholii wybrzmiewały, rozpychając ściany naczynia, w którym choć tylko poetycko, przyszło nam pływać.

Byłem trzeci. Miałem kiedyś taki numer w dzienniku. Nigdy nie chciałem zostać wywołany na środek. Teraz szedłem z podniesioną głową, by do mikrofonu wyszeptać, może wykrzyczeć pięć wierszy, bo na tyle się umówiłem. W głowie wyobrażałem sobie jednak rolę najlepiej mi przećwiczoną – ojca czytającego dzieciom bajki. Głos zadrżał: raz, drugi. To postęp. Nie zaciskały mi się mimowolnie szczęki, nie cedziłem słów. Zacząłem od tematu wiosny…

Przywilejem występu przed bielską publicznością było usiąść między widownią. Wsłuchiwać się w słowa poezji, w reakcje publiczności. Jest taka technika wystąpień publicznych, która polega na wyłowieniu spośród publiki jednej osoby i kierowania słów właśnie do niej. Byłem zachłanny, wybrałem młodą parę, siedzącą na drewnianych hookerach. Ona w dżinsowej kurtce, on w golfie i dobrze dobranej marynarce. Młodzieniec spoglądał na jej policzki oraz ogromne koła w uszach, będące przedłużeniem kobiecych kształtów. Ona patrzyła na scenę. Wszyscy oceniamy, dorabiamy sobie mikro historie z pozorami prawdopodobieństwa. Czy dla dziewczyny warto wysłuchać wierszy? A może mam słabą wiarę w człowieka? Może warto odnaleźć wiosnę w poezji.

poniedziałek, 27 marca 2023

Cykl duński: Podróż nie tylko serialowa

Świat seriali zmienił się nie do poznania. Był taki czas, że do oglądania seriali przyznawali się głównie emeryci oraz gospodynie domowe, odnajdujące się  w tej rozrywce możliwość wyrwania się z rutyny dnia codziennego. Oglądane były również przez mężczyzn, ale ci milczeli, jak gdyby obowiązywała ich w tej sprawie omertà. Serialowi bohaterowie mieli ładne domy, malownicze ogrody. W końcu wikłali się w burzliwe romanse, a uboga dziewczyna miała szanse spotkać księcia z bajki. Czy trzeba czuć zażenowanie, gdy wspominamy takie seanse? Rzeczywiście, panowało przekonanie, że jest to rozrywka dla niższych warstw społecznych, których szczytem marzeń jest posiadanie telewizji kablowej, czy wielkiego talerza satelitarnego. Myślę, że był to jednak tylko jeden z symboli czasu.


Seriale ewoluowały głównie za sprawą płatnych sieci streamingowych, które nie tylko kupowały produkcje, ale same zaczęły je kręcić. Krótkie sezony zastąpiły tasiemce, a dostęp do wszystkich odcinków naraz sprawił, że nasze serialowe łakomstwo stało się jeszcze bardziej niepohamowane. Żywotność bohatera w świadomości widza stała się tak krótka, że kolejne dania serwowane przez producentów musiały być doprawione jeszcze bardziej od poprzednich. W dodatku w pobliżu powstawały kolejne „jadłodajnie”. Problem w tym, że kucharze stracili smak, dorzucając ziół i korzeni bez umiaru.

Gdybym nie był w Danii, być może pomyślałbym, że serial „Kowbojka z Kopenhagi” to kolejna produkcja, gdzie próbuje się widzowi wmówić, że każdy kraj jest różnorodny i tak powinno być. Tylko że w przypadku Danii tak właśnie jest. W Danii żyje wiele mniejszości etnicznych, w dodatku przodują wśród nich Polacy. Oni oczywiście nie byli przeze mnie dostrzegani podczas mojej wizyty na Jutlandii, gdyż ten rodzaj urody jest dla mnie „domyślny”. Natomiast byłem bardzo zdziwiony tym, ilu dostrzegałem przybyszów z Dalekiego Wschodu. Moje spostrzeżenia potwierdza również  netflixowa produkcja.

Serialowa Skandynawia bez względu na kraj, który obrazuje, jawi się jako kraina skąpana w mroku. Trolle i karły pochowały się za górskimi rozpadlinami, ustępując miejsca niezwykłym wydarzeniom i zimnym niczym sopel lodu mordercom, którzy nie poprzestają na jednym razie. Ich motywacja jest trudna do zrozumienia, ale to nie stanowi problemu dla lokalnych stróżów prawa, występujących głównie w duetach – mistrz i uczeń, on i ona, miks dwóch poprzednich.

Na salony siostry albańskiego watażki kupczącego kobiecym ciałem wkracza ona – Miu, młoda dziewczyna w błękitnym dresie o androgenicznej urodzie. Jest żyjącym talizmanem, przynoszącym szczęście niczym królicza łapka. Do czasu, gdy właścicielka Miu nie zacznie igrać z losem, oszukiwać i grozić samej dziewczynie. To nie jest klasyczny gatunek noir. Mnogość wątków, fantazyjna zabawa kamerzysty sprawia, że do dziś nie wiem, czego byłem widzem. Jeśli nie skasują serialu, powrócę do Danii, choćby tylko na ekranie.

środa, 22 lutego 2023

Cykl duński: Daleko mam do morza

Szum fal niknął za ceglaną fasadą budynków, która broniła mi dostępu do wspaniałego widoku na Morze Północne. Morze cegieł, które jest zupełnie inne od tego, do czego przyzwyczaili nas Niemcy, zostawiając na polskiej ziemi piętno swojej obecności. Mając na myśli polską ziemię – piszę o teraz polskiej. Bo dawniej nie była albo jest to trudne do ustalenia, zwłaszcza gdy więcej niż jedna nacja musiały sobie podporządkować rzeczywistość, wyrywając sobie każdy haust powietrza. Cegły duńskie są elegantsze. Te niemieckie są takie surowe, pierwotne, jakby co dopiero ktoś wymyślił cały proces technologiczny. Duńskie cegły bronią dostępu do morza na zupełnie innym poziomie. Za tymi niemieckim są jeszcze polskie doliny i pola. Daleko mam do Bałtyku.

Esbjerg jest stosunkowo młodym miastem, całkiem zgrabnie urządzonym. Część mieszkalna może chłonąć kolejne połacie ziemi. Przedmieścia Esbjerg z domkami w amerykańskim stylu przerzedzają zwartą zabudowę centrum. Nadbrzeże jest zupełnie inne. Industrialny charakter tej części miasta ma jedną zaletę – nie rozrasta się. Nie jest w stanie. Morze odpiera ataki pożądliwej dłoni ludzkiej. Nordycki olbrzym Egir wraz z dziewięcioma córkami stoi na jego straży.

Każdy pobyt nad morzem wzbudza we mnie zachwyt. Zwykle jest słonecznie. Morze Północne oferowało zgoła odmienne wrażenia: zimno i spokój. Po piasku dumnie kroczyły niedobitki turystów, szukając wrażeń w chłodzie drobinek pod stopami oraz szumie fal, którego akurat nie tłumił hałas 

z pobliskich doków lub okrzyki nadmorskiego ptactwa. Trzeba mieć charakter, by odnajdywać piękno w surowych warunkach. Na szczęście nie spadł deszcz.

Swoją drogą, morze kojarzy mi się z przygodą. Sól osiada na takielunku. Z bocianiego gniazda nie widać nic. Biała mgła niczym przepaska na pirackim oku odcina od zmysłów, wprowadza niepokój. Za sterem stoi Burt Lancaster, grający tytułowego Karmazynowego pirata. Innym razem ciszę mąci dźwięk tajemniczego złotego dzwonu. To płyną Długie łodzie wikingów.

Przygoda dzisiaj nie jest nam dana. Próba na morzu, walka z namiętnościami, demonami we własnej duszy, rytuał przejścia, odrodzenie. To nam nie grozi. Nie może budzić zachwytu Niewolniczy statek Turnera ani jego Holenderskie statki w wichurze. Ta gwałtowność wyrażona pędzlem, ona przeraża. Wiatr zwiastuje burzę. Zamiast łamać nam żagle, przetrąca nam kręgosłupy. Już się nie da wstać.

Żagle zastąpił silnik. Kominy znikły w smoczym wyziewie, napędzane węglem. Kogo zastanawia, jak to wszystko się porusza? Ocean stał się mikroskopijny, jak gdyby zmieścił się w całej ładowni. Zastąpiły go piętra statku wycieczkowego, najlepiej takiego z kilkoma basenami. Na leżakach prężą się półnagie ciała. Cała przygoda mija pod parasolkami na wskroś słodkiego drinka. Uśmiechy, wzrok pogardy, pieniądze. Taki okręt rozerwał białego kaszalota, zatopił ostatecznie Nautilusa. Hemingway mógłby ponownie sięgnąć po strzelbę. Spoglądam na białe olbrzymy przy plaży; widzę swoją karłowatość.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

W styczniowym krajobrazie tkwi jakiś smutek

W styczniowym krajobrazie tkwi jakiś smutek. Spiętrzony śnieg, który stanowił pewną przeszkodę, zaczyna ustępować zuchwałej wodzie, która drobnymi kroplami sączy się, by w końcu rozlać się na cieszyńskie drogi wartkim potokiem, pozostawiając na swej drodze bajora niczym ślady łez na chustce higienicznej. To, co śnieżnobiałe - szarzeje, potęgując niechęć do całego otoczenia. Smutek, szarość rzeczywistości zalewa świat, który być może i ma inne kolory, ale one nie walczą. Jest koniec stycznia, a to przywodzi na myśl czechosłowacką ofensywę. Cała radość chyba ukryła się za linią Wisły. Tam przynajmniej turyści cieszą się ze śniegu.


Dwa razy dziennie przemieszczam się ulicą Bielską. Wjeżdżam od ulicy Korfantego, by wyjechać w kierunku ulicy Stawowej. Po południu wybieram wyjazd ulicą Brodzińskiego. Dynamiczne zmiany, jakie zachodzą w tym rejonie Bobrku, z jednej strony cieszą, a z drugiej zatrważają. Wpierw widziałem wymianę okien. Ramy wypadały z murów. Dałem się oszukać tej pozornej modernizacji gmachu, bo parę dni później został zrównany z ziemią. Budynek przy ulicy Bielskiej 57 przeszedł do historii. Restauracja Ernsta Brunnera, Spółdzielnia Pracy Tapicerów, sklep z meblami z Niemiec. Na co komu te wspomnienia?

Cieszyn się rozwija. Na gruzowisku po nieboszczce – Fabryce Automatyki Fach, której budynek administracyjny przyozdobiony był nawet szarfą pogrzebową ze wskazaniem wymyślonego mordercy, sprzątane są stalowo-kamienne wieńce. Ciężki sprzęt przygotowuje teren pod nowego inwestora. Chodzą słuchy, że zbudują nam OBI. Mam mieszane odczucia co do użycia słowa „nam”. My możemy skorzystać przy okazji. Czy plotka okaże się prawdziwa? Przyjdzie nam jeszcze poczekać na weryfikację tej pogłoski. Może jednak szybciej niż na remont zapadającej się ulicy Przepilińskiego. 

Swoją drogą, nie da się tak narzekać w nieskończoność. W naszym mieście doszło do spektakularnej zmiany. Znów punkt dla Bobrku. Pod koniec stycznia zlikwidowano ostatecznie SPAR. Na otarcie łez zmieniono szyld, by otworzyć w Cieszynie Auchan. Ta wieść oszołomiła mnie na tyle, że nie dotarłem na otwarcie sklepu. Nie wjechałem na sklepowym wózku pod łukiem z balonów niczym wódz rzymski. Zamiast wawrzynu mógłbym przyozdobić się kiścią bananów z promocji, a dzieci pragnące lizaka przypominałby mi w nieskończoność: Hominem te memento!

środa, 28 grudnia 2022

Cykl duński: Trzy oblicza recepcji

W Konradzie Wallenrodzie, w drugiej jego scenie Adam Mickiewicz opisuje wieżę wraz z jej mieszkanką – Aldoną, pustelnicą. Pisze tak o tej budowie: W środku lasu samotna błyszczy za Niemnem wieżyca, Był to klasztor zakonnic, chrześcijan smutna budowa. Podobne odczucia towarzyszyły mi, gdy zobaczyłem po raz pierwszy hotel Ansgar w duńskim Esbjerg. Biały, ascetyczny klasztor wciśnięty między bezkres cegieł. Widok ten raczej skromny, nie napawał optymizmem. Na szczęście fasada nie rzutowała na całokształt tego miejsca. Mnie zaś przyszło zaakceptować, że to tylko część duńskiej estetyki.

Drewniana boazeria zapraszała gości nie gorzej niż czerwone dywany. Zapach politury dawno ulotnił się, ustępując miejsca pyłowi, niesionemu na butach podróżnych z różnych zakątków świata. Stalowa kratka w przedsionku nie była żadną przeszkodą dla drobinek; prześlizgiwały się niczym typy spod ciemnej gwiazdy przez mury miejskie, strzeżone przez słabo opłacanych strażników miejskich. Stanąłem wraz z kolegą przy ciemnym kontuarze, który odgradzał recepcjonistkę od gości niczym Wał Atlantycki, którego część z resztą przebiega przez Półwysep Jutlandzki, gdzie się znajdowaliśmy.

Za recepcyjną ladą siedziała kobieta po pięćdziesiątce, ubrana w rdzawą suknię z dzianiny. Tak przynajmniej zakładałem, gdyż widziałem ją wyłącznie od pasa w górę, co nie pozwalało dokładnie przyjrzeć się jej naturze, a jedynie snuć pewne domysły. Długie włosy w tonacji podobnej do jej ubioru przecinały srebrzyste pasma. Nie był to efekt niedbalstwa recepcjonistki, a jak zdążyłem zaobserwować później wśród tutejszych kobiet, zaakceptowanie metamorfozy, którą nieuchronnie przynosi wiek dojrzały. Patrzyła na nas spod okularów. To nie było ganiące spojrzenie; nie mieliśmy do czynienia z żadną harpią. My z kolei nie przebyliśmy szmatu drogi, by kogokolwiek w heroiczny sposób zgładzić. Usposobienie obu stron było pokojowe. Ona chciała dobrze wykonać swój obowiązek, my pragnęliśmy tylko rozprostować kości po trudach podróży. Niestety, byliśmy zbyt wcześnie, dlatego przyszło nam jeszcze odrobinę poczekać. Ostatecznie o miłym usposobieniu recepcjonistki zadecydowała propozycja napicia się kawy z samoobsługowego ekspresu ciśnieniowego, który stał w sali restauracyjnej. Już wiedziałem, że to ten typ kobiet pokroju cioci May Parker, przede wszystkim – troskliwej.

Swoją drogą, recepcja naszego hotelu była czynna tylko do 22.00. Domyślaliśmy się, że taki stan rzeczy może wynikać z braku rąk do pracy. W przeciwnym razie, w recepcji być może nie znalazłby się blond włosy anioł. Nie wydawał się ani słodki, ani w żaden sposób interesujący. Trząsł się niczym galaretowata bełtwa festonowa, której nie brakowało w Morzu Północnym, okalającym duńskie Esbjerg. Nasza meduza wcale nie stanowiła zagrożenia (chyba że dla samego siebie), jak mylnie kiedyś założył Artur Conan Doyle w jednej z przygód Sherlocka Holmesa. Natomiast niebezpieczeństwo stanowiliśmy my. Chcieliśmy niestandardowych danych na fakturze. Obyło się bez ofiar.

Dzięki Bogu drugi dokument załatwiliśmy kolejnego dnia, kiedy swą wartę w recepcji pełnił wysoki brunet. Reprezentował sobą pewność siebie i profesjonalizm. Żadne pytanie, ani nawet żadna prośba nie stanowiły dla niego problemu. W srebrnej kamizelce niczym w napierśniku mężnie bronił dobrej opinii o hotelu Ansgar. W poczuciu obowiązku zasiadł do laptopa. Głośna, nieco leciwa drukarka wypluła fakturę. Panowie płacicie kartą, gotówką? – padło pytanie z ust bruneta. Błysk karty w ręku mówił wszystko. Perfekcyjna angielszczyzna była zbyteczna. Przynajmniej tym razem.

sobota, 24 grudnia 2022

Opowieść wigilijna

Na pytanie o to, jakie poleciłbym książki świąteczne, odpowiadam zgodnie z prawdą, że żadnych. Podobnie mam z filmami. Oczywiście, nie czepiam się biednego Kevina, ani innych tworów pop-kultury. One mają swoje miejsce i czas. Przede wszystkim jednak nie należy psuć wesołej atmosfery tym, którym się ona udziela. Być może moja obojętność (nie uważam tego za niechęć) wynika z tego, że te opowieści nigdy u mnie nie przekładały się na rzeczywistość świąteczną. A może być tak, że mam traumę z czasów gimnazjum, kiedy zostałem przez polonistkę przyłapany na nieznajomości Opowieści wigilijnej Karola Dickensa. Za karę musiałem zabrać się za lekturę drugi raz. Do tej pory nie sięgnąłem po więcej książek tego autora, chociaż są uznawane za znakomite na całym świecie.


Swoją drogą, słowo trauma wydaje się kluczowe w odczytywaniu świąt tych i kolejnych. Gazety, czasopisma, media społecznościowe zalewają nas historiami o krzywdzie, jaka spotyka przy wigilijnym stole. O tych szpilkach wbijanych nam w serce nie gorzej niż Szczęki u Spielberga. To wieczerza strachu przed niewygodnymi pytaniami, krzywymi spojrzeniami, niechcianymi prezentami i ohydnymi pocałunkami starych ciotek, pachnących naftaliną. To nie jest noc, w której Światło rozświetla mrok. To zmierzch ciepła, przebaczenia. To triumf Pana Grozy.


Jeśli kto twierdzi, że drwię, nie przebił się przez pozór. Bardziej chodzi o troskę. O to, że ludzie, którzy doświadczyli czegoś niekoniecznie dobrego, zwłaszcza w tak wyjątkowy wieczór, są utrzymywani w przekonaniu, że inaczej być nie może, a jeśli może, to tylko z dala od toksycznej rodziny. Rodzina już inna być nie może. Oczekujemy od niej więcej, bo są bliscy. Ale też prawda, że rodzina ma to do siebie, iż może sobie pozwolić na więcej. Tyle że zamiast nabrać grubej skóry, ona się robi cieńsza niż pergamin. Jesteśmy bezbronni wobec reszty świata, który nawet z definicji nie powinien nas kochać tak jak rodzina.

Wigilia rano. Stary diesel mruczy niczym rozleniwiony kot. Śnieg, który nas prawie zabił, a przynajmniej denerwował, znikł. Smutne plamy niczym po łzach na serwetce, zdobiły cieszyński krajobraz. Stalowe niebo przecinały reklamy rozpostarte na wieżowcach, konkurując na nieboskłonie z symbolem MacDonalda. Pierwszej gwiazdki nie było. Chyba zaspała za górami po czeskiej stronie Beskidów. Ta historia nie kończy się smutnie. Bo Wigilia to nie tylko obecności przy stole, ale także wielkie i mniejsze nieobecności. Pojechałem na cmentarz ewangelicki zapalić znicze; przynieść zmarłym także Światło.

piątek, 2 grudnia 2022

Cykl duński: Biała cela

Jospehowi Rothowi – wiecznemu tułaczowi, XX-wiecznemu wcieleniu Argusa, rozgoszczonemu w hotelowej przestrzeni, mistrzowi sprzed wieku, w istocie publicyście, którego tytulatura mogłaby śmiało konkurować z  tą przysługującą Najjaśniejszemu Panu.

Szafirowe runo wykładziny podłogowej w hotelowym korytarzu miało wyłącznie funkcję estetyczną. Maskowało zabrudzenia wnoszone przez przypadkowych lokatorów, które zostawiali, odcinając się od świata zewnętrznego. Jednak zupełnie wierzchnia warstwa podłogi nie łagodziła dźwięków wydawanych przez deski, które przykrywała. Tym samym, przybysz nie mógł pozostać niepostrzeżony. Jego przybycie obwieszczało rozchodzące się echo, odbijające się od białych ścian. Stara poręcz wypolerowana niczym stopnie Akropolu dołączała swym dźwiękiem, tworząc kakofoniczny dwugłos, nie mniej przeraźliwy niż w Grocie Króla Gór w wykonaniu Apocalyptyki.

Czy zakradłem się do pokoju niczym Peer Gynt? Stawiałem kroki na wąskich schodach, lecz bardziej przypominało to krążenie po labiryncie Wilhelma z Baskerville wraz z młodym nowicjuszem. Turkusowa walizka stukała kołami o stopnie niczym zęby zziębniętego benedyktyna, który mistrzowi miał świecić kagankiem podczas odgadywania tajemniczych symboli. Tak i ja przystawałem na każdym półpiętrze, spoglądając to na drzwi, to na klucz. Porównywałem cyfry arabskie, jak gdybym nigdy na oczy nie widział tych znaków. Już tylko dwoje drzwi oddzielało mnie od obiecanego miejsca spoczynku, oferującego wytchnienie po podróży. Minąłem jeszcze niedyskretnie umocowaną deskę do prasowania (dobrze, że była), a także szereg białych drzwi. Całe szczęście z żadnych nie wyjechał chłopczyk na rowerku, ani nawet nie napotkałem dwóch bliźniaczek.

Winda nie była konieczna. Nowoczesna maszyneria psułaby atmosferę tego miejsca, pełnego zaułków i przejść. Musiałaby zająć miejsce schowku na miotły i bieliznę, zza którego drzwi wystawała sylwetka pokojówki. Pardon. Teraz mówi się: pracownica służby pięter. Ta nowoczesna nazwa zupełnie nie pasowała do tego miejsca. A co więcej nie dodawała temu zawodowi szacunku. Żadne słowo, nie zastąpi: nienachlanego uśmiechu, słów „dzień dobry” oraz po prostu nienaprzykrzania się. Narzekanie na głos też niewskazane, zwłaszcza na korytarzu.

Mechanizm zamka, powoli ruszył. Właściwy klucz, poszczerbiony tak, by pasował do zamka, ustawiał zapadki w odpowiedniej pozycji, co ostatecznie pozwoliło mi wejść do środka - do nowego lokum na trzy noce. Zbyt krótko bym mógł się poczuć jak u siebie w domu, wystarczająco by oddać się odpoczynkowi po rozpakowaniu bagażu.

W tym skromnym pokoju było coś z klasztornej celi. Białe, skandynawskie wnętrze przydawało mu pewnej surowości. Do ściany przysunięto łóżko. Naprzeciwko zaś stało niewielkie biurko, służące mi do pracy. W przeciwległym koncie zamiast drewnianego zydla stał obity czarną skórą, niewielkich rozmiarów fotel, z którego można było spoglądać wprost do lustra. Widząc w nim zmęczone oblicze, porzuciłem baśniowe rozmyślania o diabelskim zwierciadle, którego odłamek mógłby wpaść do mego oka i odmienić mój charakter. W obcej ziemi na próżno by szukać Gerdy.

W każdej klasztornej celi powinien wisieć krzyż – symbol męki Chrystusa. Oczywiście z uwagi na różnych gości, żadne symbole w hotelowym pokoju wisieć nie mogły. Krzyż można by samemu wyciągnąć z torby i postawić na biurku, lecz w torbie nowoczesny człowiek miał tylko laptopa. Jednak spostrzegłem prosto nad drzwiami białej celi, nad portalem do oraz z innej rzeczywistości – symbol wiary współczesnego człowieka – ufności w bezpieczeństwo. Czujka dymu i detektor płomieni, jakże były sugestywne. Jak doskonale przypominały credo: byle żyć jak najdłużej, oby wstać jutro. Po komplecie lampka nocna zgasła.

środa, 2 listopada 2022

U Konarzewskich

Maria Konopnicka w jednym ze swoich wierszy napisała: Po­szła­bym ja na kraj świa­ta/  Jak ten wiatr, co w polu lata/ Jak ten wiatr, co chmu­ry pę­dzi / Bia­łe chmu­ry, puch ła­bę­dzi [...]. Przyznam, że tak daleko nie zaszedłem. Dotarłem jedynie na skraj trzech krain, gdzie stoi z drewna ociosana ambona; płynie znad niej kazanie lub dygnitarza gładka mowa. Zanim jednak dotarłem do Trójstyku, w mej skromnej pielgrzymce czekał mnie pewien przystanek.

Pielgrzymka nie jest nadużyciem. Rzeczywiście, wszystko zaczęło się od miejsca kultu. Nie sposób przejść do okazałego domu, nie zauważając drewnianej kapliczki pod wezwaniem NMP Królowej Korony Polskiej. Surowość i skromność drewna jest wymowniejsza niźli kamień i złoto. To tu Najświętszej Panience towarzyszy dziewczyna w cieszyńskim stroju i górnik, który w znoju wyrywa ziemskiej rozpadlinie czarne bogactwo. Deski i każde nabożne pociągnięcie dłuta przepełnione są wdzięcznością za powrót z niegościnnej Syberii Ludwika Konarzewskiego (seniora).

Po dywanie z liści ruszyłem w kierunku rodzinnego sanktuarium Konarzewskich. Willi wybudowanej w Srebrnym Buczniku strzegł kamienny strażnik. Twarz pierwszego malarzy z rodu już na zawsze miała strzec rodzinnych tajemnic, witać i odprowadzać gości do wyjścia. Jeśli w gotyckiej katedrze atmosferę mistycyzmu wprowadzało kolorowe szkło witraży, tak u Konarzewskich podobną rolę odgrywały wielkie okna, nie bez powodu wpuszczające światło do pracowni kilku pokoleń artystów.

Podążałem za gospodynią, pomieszczenie za pomieszczeniem, wciągając się w sagę rodu Konarzewskich. O pierwszym z nich – Ludwiku seniorze, Maria Konopnicka napisała tak: Odkrył Istebną jak Chałubiński odkrył Zakopane. Zachwycił się niewysłowionym urokiem miejsca, prostotą pierwotnego obyczaju i sabałową, subtelną mądrością mieszkańców. Zachwycił się i pozostał… Próbowałem świat zobaczyć jego oczami: Krajobraz z ostem, Polskę w Kajdanach.

Słuchając opowieści, czułem się jak słoń w składzie porcelany. Wytężałem słuch, trzymałem ręce na wodzy, by przypadkiem nie strącić przyborów malarskich, które pozostały w miejscu, gdzie artyści ostatni raz pociągali pędzlem. Te obrazy nie tylko uwrażliwiały ich na świat, czy były wyrazem ekspresji. One ratowały życie. Wpatrzyłem się w autoportret Ludwika Konarzewskiego (juniora), który pozwolił malarzowi wyratować się z niemieckiej łapanki.

Gospodyni wciągała nas głębiej; nie tylko w rodzinne opowieści, ale we wnętrze swego domostwa. Zwabiło mnie ciepło kominka, przy którym ogrzewałem zziębnięte dłonie. Ach, cóż to był za kominek – jedyny w swoim rodzaju, zwieńczony ceramiczną piramidą z wnękami. Każdą z nich zamieszkiwała podobizna nieżyjących już członków rodziny. Dziś Zaduszki, wczoraj Wszystkich Świętych. Jak rozgorzał płomień, tak to wspomnienie dało o sobie znać. Wyobraziłem sobie gospodynię, jak do wnęk z bliskimi wlewa alkohol, by płonął tak silnie, oświetlając podobizny krewnych, jak silna jest jej więź z krewnymi. Jak się okazuje: czas i przestrzeń nie są barierami dla prawdziwie rodzinnej atmosfery. Bogatszy o to doświadczenie, z ciepłą opowieścią zamiast szalu, mogłem ruszyć dalej.

czwartek, 27 października 2022

Przedawkować Cieszyn, czyli słońce przygasa

Promienny żar tarczy stopniowo przygasał, tracąc swych podniebnych wyznawców, którzy zwrócili się ku południu, gdy chłodny cień padł na północ. Lecz słoneczne ciepło na stałe oparło się o ścianę, rozświetlając jej wbudowany smutek. Historia cyklicznie rozpoczyna się już na schodach Apteki Słonecznej, gdzie w niewielkich odstępach stoi człowiek za człowiekiem, bacząc by nawet mysz się nie prześlizgnęła. Wielką niesprawiedliwością by było, gdyby dreptanie w miejscu okupione cierpieniem, nudą i smarkaniem sąsiada zostało okpione przez sprytniejszego klienta; mówiąc prościej: chama, co się pcha i nie szanuje pewnej hierarchii, w której trwanie prowadzi do zbawiennego końca.

Nigdy nie rozumiałem powyższej sceny. Zawsze była dla mnie powierzchowna. Kręcąc się między dwoma rondami, nie dostrzegałem jej głębi. Samochody wyjeżdżające z bocznych dróg bardziej absorbowały mą uwagę. To oczekiwanie w kolejce przypominało czasy, gdy w budynku mieścił się sklep spożywczy, założony przez Miejski Handel Detaliczny w 1968 roku. Pawilon handlowy był niemym świadkiem niejednego ludzkiego sznura. Kolejki po chleb, po Najświętszy Sakrament, po leki. Oczekiwanie na różnych płaszczyznach potrzeb, świadomości. Łączy je chęć życia.

Łykanie tabletek pozwala nam przetrwać nawet dziesięciolecia. Paskudna w smaku pigułka z bruzdą pośrodku niczym bułka pszenna zaspokaja elementarne potrzeby; staje się chlebem powszednim. Czasami leki zaczynają nam smakować. Słodycz kryjąca się w goryczy jest podstępna. Łakomstwo mami nas długim życiem, witalnością, gęstymi włosami i twardymi paznokciami; żeby tylko. Jemy to, co zapisał lekarz, z czasem urozmaicając tę dietę samemu, gdzie regularność posiłków ma wielkie znaczenie. Nieumiejętność prowadzi do regularnego podtruwania organizmu. Wysiadają organy, rosa perliście osiada na bladej, sflaczałej skórze barwy papierowej torby dawnego typu. Wodniste oczy na moment rozbłyskają niczym supernowa, by zgasnąć dokładne tak, jak przepowiadają naukowcy Słońcu.

Swoją drogą, zastanawiałem się, czy da się przedawkować Cieszyn. I czym jest ten stan odmienny od zakochania się? Wydaje mi się całkiem niebezpodstawnie, że to stan ducha podobny do acedii – choroby duszy. To smutek, przemęczenie, w końcu obojętność. Ojcowie Pustyni dobrze wiedzieli, o czym mowa. Ewagriusz z Pontu dość skrupulatnie opisał zachowania mnichów, którzy dali się omotać „złym duchom”.

Przedawkowanie Cieszyna może mieć niepozorny przebieg. Niepożądane działania nasilają się stopniowo. Problem w tym, że nie ma gdzie ich zgłaszać (biorąc pod uwagę niektóre wpisy w mediach społecznościowych, nie jestem tego pewien), nikt tego nie bada. Częstość występowania skutków nieznana, nie może być określona na podstawie dostępnych danych: niepokój towarzyszący przeglądaniu informacji o mieście, niechęć do uczestnictwa w życiu miasta, pragnienie Cieszyna, jakiego nie ma i nigdy nie będzie, w skrajnych przypadkach nienawiść do tworu takiego, jaki jest, ponadto częste ucieczki poza miasto.

Zobaczyłem to wszystko gdzieś na kamiennym tarasie z widokiem na Beskidy. Otarłem się o to przygasające uczucie, oznaczające osuwanie się na peryferia prowincji, zaszycie się na skraju miasta, by móc na niego patrzeć, tęsknić doń i przeklinać, a w gruncie rzeczy nie móc się oderwać od tego kawałka ziemi. Promienny żar tarczy stopniowo przygasał, granatowy smok Beskidów pożerał słońce.

wtorek, 4 października 2022

Bramy

Być może jestem źle wychowany. Idąc w gości, zwłaszcza pierwszy raz, nie mogę się oprzeć pokusie zajrzenia do czyjegoś księgozbioru, choćby nawet był bardzo skromny. Wpierw omiatam go wzrokiem, wypatruję najciekawszych detali. I choćbym się nie zakochał, jest w mym spojrzeniu pewne pożądanie. Chcę odkryć, co się kryje między kurzem i celulozą. Czy zagięte rogi są ponętne niczym kobieca kibić? Naturę starego satyra przed słabością ratuje tylko proste: Czy mogę?

Mogę i nie muszę prosić o zgodę nikogo, przeglądając zdygitalizowane  zbiory Książnicy Cieszyńskiej. Zaglądając w bramę pełną wiedzy, odkryłem, że nie jest to wyłącznie patrzenie w jednym kierunku. Przeglądanie zbiorów nie determinuje czytelnika do spoglądania wyłącznie w przeszłość. Znalazłem na to dowód.  Nie mogłem przejść obojętnie obok „Księgi wróżb, geomancji (tzw. remilu) oraz proroctwa na temat zwycięstw muzułmanów w Dalmacji i na Węgrzech”. To jakby nie skorzystać z okazji, by potowarzyszyć Umberto Eco w poszukiwaniu inspiracji do książki. Niestety, radość trwała krótko. Bramy do rozważań bośniackiego mistyka okazały się dla mnie zamknięte, opieczętowane arabskimi symbolami.  Poczułem się jak wtedy, gdy zasiadłem w szkolnej ławie, nie umiejąc jeszcze czytać.

Pierwszego września zostały ponownie otwarte bramy szkoły. Cyklicznej akcji towarzyszyło niezniszczalne hasło: Witaj, szkoło! Nie uczniu. Co to, to nie. Budynek należy witać, tak jakby wracało się do domu po długiej nieobecności. Tęsknota na wielu wymuszona. Podświadomie czuć wojenną atmosferę. Co prawda, w powietrzu nie unosi się proch, jak w 1939, gdy pod Cieszyn dotarła 45 Dywizja Piechoty pod dowództwem Friedricha Materny. To raczej coś na kształt rozgrywki w „Chińczyka”. Wszyscy uczniowie znają zasady gry; przesuwają się na planszy zgodnie z ilością zdobytych oczek, a na koniec roku trafiają do domku. Zbyt mała ilość oczek w kolejnych turach oczywiście nie pozwala uczniom tam dotrzeć. Entuzjazm dla uczestnictwa w rozgrywkach wykazują jednostki, którym opresja i skoszarowanie nie przeszkadza. Czy nie przesadzam? Policzcie, ile szkół
w Cieszynie znajduje się w dawnych koszarach.

Swoją drogą, fortyfikacje mamy także w herbie miasta. Dwie wieże i oczywiście brama z podniesioną kratownicą – otwarta na oścież. Wszyscy sobie to tłumaczą gościnnością Cieszyna, być może słusznie. Nikt jednak nie zważy, że symbolika może być głębsza. Otóż bramy miejskie były otwarte wyłącznie w dzień. Możliwe, że chodzi o budowanie szczęścia, stworzenie małego raju na ziemi – nowego Jeruzalem, gdzie dwanaście bram zawsze stoi otworem, gdyż noc już nigdy nie nastanie.

Ach, jak ten nasz mały raj szemrze. Mury puchną od niezadowolenia; doskwierające ciepło pogłębia tylko to niesympatyczne uczucie i nawet tydzień ulew nie oczyścił atmosfery. Przyznam szczerze, iż nie spodziewałem się, że zamknięcie bramy w Muzeum Śląska Cieszyńskiego wywoła takie poruszenie. Najpierw rozmowy na ulicy i tak kamyk do kamyka wywołał lawinę negatywnych komentarzy, donosów i śledztw dziennikarskich. Bo jakże to tak zamykać? Jakże likwidować skrót do parku? Chronić przed kradzieżą i oddawaniem moczu? Musi być przejście i basta! Nie po to pokoleniom kazano czytać Pana Tadeusza. Tam wszakże w pierwszej księdze już napisane: Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.