wtorek, 13 czerwca 2017

Niemy krzyk niedźwiedzia

U wybrzeża Morza Czarnego rozpościerała się tajemnicza kraina, którą zwano Aja. To tam Argonauci, którym przewodził Jazon, odnaleźli złote runo. Potem Grecy postanowili zasiedlić tę ziemię i nazwali ją Kolchidą. Przecinała ją rzeka Fasis, dająca życie i schronienie wielu skrzydlatym istotom. Nie mam tu wcale na myśli gigantycznego smoka, broniącego dostępu do mitycznego skarbu, lecz bażanta. To właśnie rzeka dała imię temu zwierzęciu. Nie przypadkiem o tym piszę.  Wszakże u nas płynie potok, miejscowym znany jako Bobrówka, nad którym dumnie spacerują owe ptaki. Na ich cześć założono w dobrach książęcych niewielką osadę – Bażanowice.

Do tej pory miejscowość nie charakteryzowała się niczym szczególnym. To tylko jedna z wsi, jakich wiele. Mogłaby posłużyć jako tło dla akcji powieści lub temat dla malarza, tworzącego pejzaż. Bażanowice przechodziły z rąk do rąk. Z resztą to bez znaczenia, bo po raz pierwszy o wadze tego miejsca przesądziły władze Austro - Węgier, kiedy to postanowiono, że tu stanie przystanek kolejowy linii Kalwaria Zebrzydowska – Kojetin. Z kolei pod koniec Dwudziestolecia międzywojennego uruchomiono tutaj serowarnie, w której pod bacznym okiem dra Tadeusza Rylskiego  wytwarzano  ser emmentaler. Obecnie Bażanowice są ośrodkiem prężnie odradzającego się przemysłu na terenie Śląska Cieszyńskiego.  Zakłady te starają się zapełnić lukę po nieboszczce Celmie.


Od dłuższego czasu w Bażanowicach nie otwiera się okien. Szyby szczelnie bronią dostępu do domostw mieszkańców, bowiem okolice spowija smród kocich szczyn. Niczemu nie zawiniły biedne sierściuchy, pląsające się po okolicy. To jedna z fabryk naraża lokalną społeczność oraz ludzi tu pracujących na wąchanie uciążliwego fetoru. W Bażanowicach smętnie wiszą sznury obwieszone klamerkami. Wyglądają jak dawno zapomniane światełka bożonarodzeniowe.  Gospodynie nie suszą prania na zewnątrz.  Zmuszone są kisić je w domu. Pośród wysokich traw stoi niedźwiedź w drzewie wyciosany. W proteście wznosi niemy krzyk. Broni natury, pogwałconej przez chciwego fabrykanta.

Jakiś czas temu przypomniałem sobie historię pewnej szkoły na Opolszczyźnie. Radni miejscowości, w której mieściła się placówka, chcieli zmienić jej nazwę. Patronem tej szkoły był pewien noblista pochodzący z Wrocławia. Fritz Haber dokonał syntezę amoniaku, wodoru oraz azotu, dzięki czemu na skalę przemysłową można było produkować nawozy. U progu XX wieku uchronił Europejczyków przed głodem. Niestety to nie były jedyne dokonania tego chemika. Fritz Haber miał pecha. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Stworzył Cyklon B. Jednakże w tamtym czasie służył jako środek insektobójczy.  Podniosło się larmo, że uczony nie wiedział w jaki sposób będzie stosowane jego dzieło.  Była to prawda. Jednakże nikt wtedy nie zająknął się nawet, że Fritz Haber był twórcą gazów bojowych, użytych podczas I wojny światowej.

Noblista nie miał moralnych oporów przed użyciem gazu. Usprawiedliwiał się, że chroni młodych Niemców przed śmiercią. Mawiał, że nauka w czasie pokoju należy do całego świata, a w czasie wojny musi służyć państwu. Nie wiem, komu służy substancja, zatruwająca życie mieszkańcom Bażanowic niczym morowe powietrze. Jednego mogę być pewny. To chciwość jest motorem takiego postępowania. Najważniejsze, że kasa się zgadza. Ludzie przecież się nie liczą!

sobota, 10 czerwca 2017

Czymże jest opowieść O Trzech Braciach?

Choć praca moja może nie wydać się godna czytania, jednak pozostanie mi świadomość, że zbierając starannie rozpadające się dokumenty znalazłem kilka danych o Cieszynie. – napisał niegdyś Alojzy Kaufmann w swej Kronice Miasta Cieszyna. Autor tego dzieła zbierał swe dane w różnych dokumentach, które nie przetrwały do dzisiaj. Dlatego sporą część wiedzy o Cieszynie czerpiemy z jego pracy. Postać Alojzego Kaufmanna – wychowanka Leopolda Szersznika i wieloletniego burmistrza Cieszyna przywołałem tu nie bez powodu. Otóż nasz dziejopisarz miał niebywałą fantazję, czego dał wyraz w 1817 roku, kiedy to miasto spotkał niebywały zaszczyt. Cieszyn został odwiedzony przez samego cesarza Franciszka I. Podczas tej wiekopomnej wizyty burmistrz uraczył Jego Cesarską Mość opowieścią o założeniu Cieszyna. W swym dziele Kaufmann tłumaczy się, że Legenda o Trzech Braciach była podaniem ludowym. Nie mniej jednak od tego momentu dotychczasowa historia o Cieszymirze – założycielu grodu odeszła bezpowrotnie w niepamięć.

Czy Alojzy Kaufmann konfabulował? Czy podanie, o którym później wspominał, naprawdę istniało? Możemy się tylko domyślać prawdy. Co jednak sprawiło, że burmistrz postanowił w ten sposób przedstawić genezę powstania miasta? Sądzę, że Kaufmann chciał podnieść rangę lokalnej społeczności i odwołać się do wzorców znanych z naszego kręgu kulturowego. Czyż nie wszystkie wielkie miasta oraz narody mają swe korzenie w wielkich wędrówkach? Czymże jest opowieść o Trzech Braciach, jeśli nie kolejną metamorfozą wędrówki do Ziemi Obiecanej, historią Eneasza opisaną przez słynnego poetę Wergiliusza? Najbliższym jednak wzorem jest Legenda o Czechu, Lechu i Rusie, która po raz pierwszy została zapisana w Kronice polsko – węgierskiej z 1222 roku.



Również dziś historia powstania miasta jest nadal żywa. W ramach XXVII Święta Trzech Braci wystąpił kabaret Łowcy.B, którego członkowie przez lata studiowali w Cieszynie. Cieszmy się, że Alojzy Kaufmann zadbał o to, że oglądamy ich występy w ramach Święta Trzech Braci. Mogło być dużo gorzej. Zawsze mogliśmy się bawić na Święcie Świni, którego burmistrz nie wyobraża sobie bez uczestnictwa Maryli Rodowicz. Artyści wykonali ukłon w stronę lokalnej publiczności i przedstawili swoją reinterpretacje legendy o założeniu miasta. Cieszyniacy, próżność została podniesiona do kwadratu, czyż nie? Publiczność mogła się dowiedzieć o tym, w jaki sposób na wizje króla wpływały wietnamskie specyfiki, a także jaką rolę w powstaniu Cieszyna odegrała drużyna Zryw Bąków. Śmiechu była kupa i na to wszyscy liczyliśmy.


Święto Trzech Braci przez lata było najważniejszą imprezą w Cieszynie. Do dziś mocno dzierży palmę pierwszeństwa i zdaje się, że wydarzeniu wypracowanej pozycji nie odbierze nikt. Na cieszyńskim rynku śpiewało już wielu artystów: Natalia Kukulska, Kukiz i Piersi, czy Arka Noego. Wszyscy świetnie się bawili, nawet jeśli repertuar wykonawców nie do końca im odpowiadał. Ważne było dobre towarzystwo, zimne piwko i lekki szum w głowie. Dotychczasowe zasady przestały obowiązywać. Wczoraj kogoś podkusiło. Ktoś nie wytrzymał i dał upust swojej frustracji. Postanowił obrzucić rapera TEDE jajkami. Pewnie to był tylko knajacki wybryk. Mnie by było jednak gańba. Teraz rozumiem dlaczego do sektora dla siedzących nie chciano mnie wpuścić w piwkiem, a przy drugiej próbie sprawdzano, co trzymam w torbie na aparat fotograficzny. Współcześnie odpowiedź aparat nie jest już taka oczywista. Tymczasem drugiego dnia obchodów pada deszcz. Czymże by było Święto Trzech Braci bez opadów?

niedziela, 28 maja 2017

Historia dziury w ziemi

Do 1996 roku za najpłodniejszego pisarza jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia, uważano Józefa Ignacego Kraszewskiego. Napisał ponad 200 powieści, a trzeba wiedzieć, że nie tylko tego typu utwory pisał. Autor ten wydał w 1859 roku książkę pod niewiele mówiącym tytułem: Historia kołka w płocie. W owym czasie powieść poruszała bardzo ważne kwestie społeczne. Mnie nie inspirowała jej treść. Natchnął mnie enigmatyczny oraz nieco zabawny tytuł.  Jaką rolę może spełniać ów kołek? Czy coś przytrzymuje? A może wypełnia dziurę w starej sztachecie? Wpadłem na pomysł by napisać o dziurze. Jednakże nie o takiej, o której myślał klasyk wiedeński  - Wolfgang Amadeusz Mozart, komponując  utwór pt. Pocałuj mnie w dupę. Ja pisząc ten tekst, będę mieć więcej szacunku do spraw i ludzi niż wirtuoz rodem z Salzburga. Jeśli jednak bym się w tej materii mylił, znaczyć to będzie, że udzieliła mi się pogarda płynąca niczym nuty w kompozycji Mozarta.


Wszyscy rodzice – bez wyjątku  mają to do siebie, że udzielają nam rad. Z czasów dzieciństwa przypomniała mi się jedna z wielu. Sądzę, że nie tylko mnie straszono, że jak nie będę się dobrze uczyć, to pójdę kopać rowy. Na szczęście z czasem zacząłem się bardziej przykładać do nauki, a złowieszcze proroctwo nie wypełniło się. Przestało być tak straszne i odeszło w niepamięć jak Buka z Doliny Muminków. Kiedy wbiłem  po raz któryś łopatę, przeszedł mnie zimny dreszcz podobny do chłodu, który zwiastował przybycie wspomnianej już Buki. To był przejaw strachu przed porażką. Każdy kolejny sztych w ziemi powodował zmęczenie i przygniatał mnie do ziemi, a obawy przed niepodołaniem zadaniu tylko rosły. Wyłącznie dzięki silnej woli dokończyłem zadanie, a pozorna, płytka dziura nie przeistoczyła się w czeluść. Kiedy zobaczę po raz kolejny robotnika opartego o łopatę, dwa razy się zastanowię, nim skomentuję jego pracę.

Od wielu lat wyobraźnię cieszyniaków rozpala temat cieszyńskich podziemi. Już w latach 60. i 70. ubiegłego wieku cieszyńskie kopidoły penetrowały stare piwnice w centrum miasta. Niestety ze względu na braki sprzętowe zaniechali dalszej pracy. Dwa lata temu ich pomysł podchwycił Wojciech Święs z Książnicy Cieszyńskiej i złożył wniosek na projekt w budżecie obywatelskim. Dzięki jego staraniom oraz głosom mieszkańców Cieszyna  udało się odgruzować część korytarzy przy ul. Przykopa. Nikt jednak nie przypuszczał co kryje się jeszcze głębiej. Członkowie Speleoklubu w Bielsku-Białej przedostali się przez wąski otwór w ścianie. Tuż za nią ukazała się nie kolejne pomieszczenie, lecz jaskinia z krasowymi naciekami na ścianach. To odkrycie stwarza również nowe możliwości dla turystyki miasta, co przyznają sami włodarze.

Ludzie mają to do siebie, że szukają dziury w całym. Zawsze znajdzie się dobry powód, by się do czegoś przyczepić. Nie inaczej było tym razem. Do rangi wiadomości stulecia urosła wieść, że syn pani premier przyjął święcenia kapłańskie. W nowoczesnym państwie byłoby to nie do pomyślenia. Co innego zmiana płci. To pewnie budziłoby powszechny poklask i uznanie. Osobiście jednak uważam, że nagłośnianie tej sprawy nie służy przede wszystkim samemu neoprezbiterowi. Zamiast cieszyć się jednym z najważniejszych dni w życiu, musi od samego początku przekonywać się, że wybrał niełatwą ścieżkę w swoim życiu. Ale kto powiedział, że podążanie za Jezusem będzie proste?

niedziela, 21 maja 2017

Piwo

Brukowany chodnik  między wydeptanymi w ziemi alejami został rozwinięty niczym dywan na uroczystej gali. Igły żywotników roztaczają cień, przyćmiewając słońce. Do jednego z takich miejsc zaścielonych cieniem wszyscy trafimy. Również i ja czasem tam zaglądam. Nie szukam śmierci, lecz dumam nad grobami tych, co odeszli do wiecznej pamięci. Odwiedzając cmentarz ewangelicki w Cieszynie, wielokrotnie mijałem drewnianą figurę w góralskim szałasie. To postać Chrystusa Frasobliwego, który smutnymi oczami przypominała nam o swojej męce. Widok ten nie powinien nikogo dziwić, gdyż wizerunek ten na Śląsk przywędrował z Zachodu w XV wieku wraz z nurtem sztuki znanym jako nowoczesna pobożność. Szybko zakorzenił się u nas i stał się jednym z fundamentów sztuki ludowej.


Zawsze zastawiało mnie, czyjego grobu ów Chrystus strzeże? Tabliczka była czytelna, lecz personalia na niej wyrzeźbione, niczego mi nie zdradzały. Tajemnica rozwiązała się wraz z cykliczną imprezą, która od trzech lat w Cieszynie jest organizowana. Mowa o Memoriale Adolfa „Bolko” Kantora – pięściarza rodem z Zaolzia, który swe życie związał ze Śląskiem Cieszyńskim. Cieszy fakt, że pamięta się o lokalnych bohaterach. Warto wspomnieć również, że Bolko Kantor był nie tylko sportowcem, ale bohaterem z czasów II wojny światowej.  Adolf Kantor walczył w ramach 4. Pułku Strzelców Podhalańskich. Potem  został wcielony do Wehrmachtu, gdzie odmówił strzelania. U kresu wojny walczył razem z armią Andersa. Jego życie pełne przejść opisuje film dokumentalny pt. Bolko Kantor. Prawy, prosty.

Pragnienie wodą śmierzyli stokową, Czaszą bukową. Albo z jęczmiennym przeważywszy słodem I piwnicznym ją wystudziwszy chłodem, Upracowanym żeńcom koło żniwa. Dawali piwa.pisał Jan Andrzej Morsztyn w Wiejskim Żywocie.  Choć do żniw jeszcze sporo czasu, to cieszyniacy ochoczo celebrują życie. Ciepło i duchota niczym choroba determinuje ich do poszukiwania bursztynowego panaceum, które skropli  wyschnięte gardło. Jęczmienny bądź pszeniczny trunek najlepiej spożywać na cieszyńskim rynku. Tam bowiem ogródki piwne zostały zasłane niczym najwygodniejsze łóżko. Skojarzenie nieprzypadkowe, gdyż nadmiar płynu może zesłać na nas błogi sen. Ścierając gorzką pianę z wąsów należy zastanowić się, jak to jest z piciem piwa w Cieszynie? Ze smutkiem muszę stwierdzić, że jest niewiele miejsc, gdzie można w miłym towarzystwie wypić dobre piwo poza sezonem wiosenno - letnim. Dziwne jest dla mnie również, że browar mając taką miejscówkę, otwiera ją tylko w okresie letnim, bądź na specjalne okazje. Chłodne ceglane wnętrze, aż się prosi się o to, by gospoda była tam otwarta przez cały rok. Mając tak doskonały asortyment w postaci lokalnego piwa można by przyćmić te wszystkie lokale, które wzorują się na bawarskich piwiarniach.

A propos lokalnego piwa ostatnimi czasy zauważyłem, że w sieci pojawiła się reklama piwa Brackie Pils, które to okazuje się jedynie farbowanym lisem. Piwo to w sposób perfidny, próbuje wykorzystać sławę Brackiego, które od zawsze było warzone w cieszyńskim browarze. Piwo produkowane w Żywcu reklamuje się na tle Cieszyna po obu brzegach Olzy. Czy nowe piwo jest dobre? Kwestia gustu. Mam jedynie nadzieję, że nie przekreśli dotychczasowego piwowarskiego dorobku Cieszyna. W zeszłym roku byłem na wakacjach w Toruniu. Tam wdałem się z w dyskusję z pewnym przewodnikiem, który na wieść  o tym, skąd pochodzę - zaczął wychwalać pod niebiosa piwo Brackie.  Pamiętam, że bardzo mnie to dumą wtedy napawało. Liczę, że takie anegdoty za sprawą Pilsa nie przestaną się pojawiać.

I bez piwa nie obędzie się ostatni z przeze mnie poruszanych tematów. Bowiem na trzeźwo, nie sposób mi pojąć, dlaczego tak wszystkich emocjonuje kwestia  festiwalu w Opolu? Może problem  braku zrozumienia tkwi w tym, że ja nie oglądam ani Opola, ani Sopotu, ani żadnej imprezy tego typu. Jednakże nie podchodzę do tematu tak zasadniczo jak Kazik Staszewski: Wpierw "Dezerter", potem radio, "Muzyczna Jedynka" Kto się tam pokazuje, tego ja nie szanuję. Należy jednak uszanować wolę gwiazd, które nie raczą się pojawić w opolskim amfiteatrze. Opole z nimi, czy bez nich. Czy to jest istotne? Jednakże z tego miejsca pragnę podziękować panu Jackowi Kurskiemu i mówię to bez grama kpiny. Pan Jacek ma niebywałą szansę zostać tym, który pierwszy sypnie ziemię na trumnę telewizji publicznej bez względu na to, co robi. A żałobników nad trumną brakować nie będzie. Wygodne synekury, sowite angaże opłacane z naszych podatków zostaną przykryte sosnowym wieńcem. Sam z chęcią zapalę znicz na nekropolii przy Woronicza 17, bo czasy się zmieniły i dostęp do informacji nie musi być już  „publiczny”.

niedziela, 7 maja 2017

Wizja

Chwilowo porzucam swoją fascynację okoliczną przyrodą. Bowiem zaczynała mi się już udzielać atmosfera, jaka towarzyszyła Elizie Orzeszkowej podczas pisania Nad Niemnem. Ma jednak rację w jednym owa pisarka, że przeznaczenie stoi za ludźmi, welonem tajemnicy zasłonięte, i w dłoni trzyma kołczan z tysiącem zdarzeń. Lud Śląska Cieszyńskiego także wypatruje przyszłych zdarzeń, mających zwiastować  lepsze jutro. W tym nie różnimy się od innych. Zostaliśmy jednak wyrwani z cyklu oczekiwania, jaki towarzyszył jeszcze naszym dziadkom. Nie żyjemy od siewu do żniw, od święta do święta. Nasze wizjonerstwo zazwyczaj nie wykracza dalej niż do kolejnego miesiąca. Żyjemy od wypłaty do wypłaty. Żartobliwie określamy dzień przelania środków na nasze konto Matką Boską Pieniężną.  Taka to nasza proza życia.

Ostatnio przeczesywałem sieć w poszukiwaniu różnych opinii na temat tożsamości Ślązaków Cieszyńskich, czyli ludzi Stela.  Jest to dosyć złożona kwestia. Dominuje jednak przekonanie, że przynależenie do tej wspólnoty jest współdzielone z inną tożsamością narodową, w zależności od tego jaki brzeg Olzy zamieszkujemy, choć ten podział geograficzny jest rzecz jasna umowny. Nie brakuje też ludzi, którzy bycie Stela traktują jako swoją jedyną tożsamość. Kontestują w ten sposób swą obecną przynależność państwową, odwołując się do przeszłości tych Ziem. Również w tej grupie występuje mocne rozwarstwienie, gdyż osoby do niej należące nie są jednomyślne w tym, czy mieliby żyć na terenie autonomicznym, czy całkowicie suwerennym. Obojętnie, do której z grup należymy, cechuje nas umiłowanie do naszej małej ojczyzny.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego przewidywana przyszłość świata nie może być przedstawiana w kolorowych barwach? Dlaczego tym wizjom towarzyszy wyłącznie głód, cierpienie, niepewność oraz śmierć w proporcjach znanych tylko autorowi przepowiedni? Dlaczego mamy się wyłącznie staczać na skraj przepaści, będącej przedsionkiem czeluści? Być może, dlatego że to co nieznane, przerażające budzi w człowieku niezdrową ciekawość. Wiedział już o tym Herbert Jerzy Wells, kiedy u schyłku XIX wieku opublikował swą Wojnę Światów. Zawarł w niej nie tylko komentarze do współczesnych mu problemów i idei, ale także opisał zachowanie ludzkie wobec wielkich zagrożeń. Za źródło ludzkiego strachu wybrał inwazję Marsjan. Świetnie nawiązał do tego utworu Kazik, kiedy śpiewał: Nad Bałtykiem rozpostarli swoje skrzydła ludzie z Marsa. Atakować w taki sposób, to jedna wielka farsa. Bo tłum gapi się zdziwiony nowej szuka podniety. Cywilizacyja wroga z innej planety.  Jednakże to urzeczenie sprawami ostatecznymi bierze się m.in. z powierzchownej interpretacji Apokalipsy świętego Jana.

W swoich rozmyślaniach o tym czym powinien być Śląsk Cieszyński, popadamy w idealizację. Ulegamy wizji zbudowanej na własnych pragnieniach i przekonaniach. Nie ustępujemy w tym Platonowi, czy Tomaszowi Morusowi. Nie pójdę w ślady Kasandry, ani Wernyhory. Rzeknę coś pozytywnego. Zdradzę Wam tajemnice dotyczące przyszłości naszej małej ojczyzny. Wszakże nie oślepnę niczym Terezjasz ukarany za ten czyn przez bogów.


Książęcy Pałac przy ulicy Bielskiej szykował się do wielkiej uroczystości. Służba krzątała się po wielkim budynku, w którym niegdyś mieścił się jakiś urząd. Błękitne flagi ze złotym orłem zostały wciągnięte na maszty przed wejściem. Budynku strzegła cieszyńska gwardia przyodziana w błękitne uniformy. Wartownicy osłaniali najważniejszy budynek w Księstwie nie tylko własną piersią. W ręku trzymali rodzimej produkcji karabin marki „Wałga 63”. Starszy mężczyzna powolnym krokiem zmierzał w kierunku pałacu. Podpierał się na czarnej lasce. Każdy krok stawiał z rozmysłem. Ostatnie promienie słońca rozświetlały jego łysawy czerep. Niegdyś pulchne policzki, teraz opadłe niczym u Marlona Brando w Ojcu Chrzestnym, pobruździły głębokie zmarszczki. Dłonią upstrzoną plamami wątrobowymi wyciągnął zdobne zaproszenie z czarnego prochowca, które wręczył gwardzistom przy wejściu do pałacu. W środku czekali tłumnie przybyli notable oraz inni zaproszeni goście. W Święto Odrodzenia Księstwa Cieszyńskiego wszyscy wyczekiwali pary książęcej, która udzielnie rządziła tym małym rajem na Ziemi. Jak ta osoba stała się monarchą? Doprawdy przez mgłę nie dostrzegam. Czy wybrano go drogą wolnej Elekcji, czy poprzez losowanie niczym Saula? A może to potomek Habsburgów? To bez znaczenia. Książę wierny lokalnym tradycjom nakazał wprowadzić nową walutę – talara, którego miano dziś pokazać szerszej publiczności Tego dnia Książę miał wręczyć też osobom zasłużonym Laur Srebrnej Cieszynianki. Dostał go i starzec w czarnym prochowcu. Płakał jak dziecko, kiedy wszyscy na baczność śpiewali: Płyniesz Olzo po dolinie. A potem? Potem rozpoczął się wielki bal, o którym rozpisywano się jeszcze przez wiele, wiele lat.