sobota, 24 grudnia 2022
Opowieść wigilijna
piątek, 2 grudnia 2022
Cykl duński: Biała cela
Jospehowi Rothowi – wiecznemu tułaczowi, XX-wiecznemu wcieleniu Argusa, rozgoszczonemu w hotelowej przestrzeni, mistrzowi sprzed wieku, w istocie publicyście, którego tytulatura mogłaby śmiało konkurować z tą przysługującą Najjaśniejszemu Panu.
Szafirowe runo wykładziny podłogowej w hotelowym korytarzu miało wyłącznie funkcję estetyczną. Maskowało zabrudzenia wnoszone przez przypadkowych lokatorów, które zostawiali, odcinając się od świata zewnętrznego. Jednak zupełnie wierzchnia warstwa podłogi nie łagodziła dźwięków wydawanych przez deski, które przykrywała. Tym samym, przybysz nie mógł pozostać niepostrzeżony. Jego przybycie obwieszczało rozchodzące się echo, odbijające się od białych ścian. Stara poręcz wypolerowana niczym stopnie Akropolu dołączała swym dźwiękiem, tworząc kakofoniczny dwugłos, nie mniej przeraźliwy niż w Grocie Króla Gór w wykonaniu Apocalyptyki.
Czy zakradłem się do pokoju niczym Peer Gynt? Stawiałem kroki na wąskich schodach, lecz bardziej przypominało to krążenie po labiryncie Wilhelma z Baskerville wraz z młodym nowicjuszem. Turkusowa walizka stukała kołami o stopnie niczym zęby zziębniętego benedyktyna, który mistrzowi miał świecić kagankiem podczas odgadywania tajemniczych symboli. Tak i ja przystawałem na każdym półpiętrze, spoglądając to na drzwi, to na klucz. Porównywałem cyfry arabskie, jak gdybym nigdy na oczy nie widział tych znaków. Już tylko dwoje drzwi oddzielało mnie od obiecanego miejsca spoczynku, oferującego wytchnienie po podróży. Minąłem jeszcze niedyskretnie umocowaną deskę do prasowania (dobrze, że była), a także szereg białych drzwi. Całe szczęście z żadnych nie wyjechał chłopczyk na rowerku, ani nawet nie napotkałem dwóch bliźniaczek.
Winda nie była konieczna. Nowoczesna maszyneria psułaby atmosferę tego miejsca, pełnego zaułków i przejść. Musiałaby zająć miejsce schowku na miotły i bieliznę, zza którego drzwi wystawała sylwetka pokojówki. Pardon. Teraz mówi się: pracownica służby pięter. Ta nowoczesna nazwa zupełnie nie pasowała do tego miejsca. A co więcej nie dodawała temu zawodowi szacunku. Żadne słowo, nie zastąpi: nienachlanego uśmiechu, słów „dzień dobry” oraz po prostu nienaprzykrzania się. Narzekanie na głos też niewskazane, zwłaszcza na korytarzu.
Mechanizm zamka, powoli ruszył. Właściwy klucz, poszczerbiony tak, by pasował do zamka, ustawiał zapadki w odpowiedniej pozycji, co ostatecznie pozwoliło mi wejść do środka - do nowego lokum na trzy noce. Zbyt krótko bym mógł się poczuć jak u siebie w domu, wystarczająco by oddać się odpoczynkowi po rozpakowaniu bagażu.
W tym skromnym pokoju było coś z klasztornej celi. Białe, skandynawskie wnętrze przydawało mu pewnej surowości. Do ściany przysunięto łóżko. Naprzeciwko zaś stało niewielkie biurko, służące mi do pracy. W przeciwległym koncie zamiast drewnianego zydla stał obity czarną skórą, niewielkich rozmiarów fotel, z którego można było spoglądać wprost do lustra. Widząc w nim zmęczone oblicze, porzuciłem baśniowe rozmyślania o diabelskim zwierciadle, którego odłamek mógłby wpaść do mego oka i odmienić mój charakter. W obcej ziemi na próżno by szukać Gerdy.
W każdej klasztornej celi powinien wisieć krzyż – symbol męki Chrystusa. Oczywiście z uwagi na różnych gości, żadne symbole w hotelowym pokoju wisieć nie mogły. Krzyż można by samemu wyciągnąć z torby i postawić na biurku, lecz w torbie nowoczesny człowiek miał tylko laptopa. Jednak spostrzegłem prosto nad drzwiami białej celi, nad portalem do oraz z innej rzeczywistości – symbol wiary współczesnego człowieka – ufności w bezpieczeństwo. Czujka dymu i detektor płomieni, jakże były sugestywne. Jak doskonale przypominały credo: byle żyć jak najdłużej, oby wstać jutro. Po komplecie lampka nocna zgasła.
środa, 2 listopada 2022
U Konarzewskich
Maria Konopnicka w jednym ze swoich wierszy napisała: Poszłabym ja na kraj świata/ Jak ten wiatr, co w polu lata/ Jak ten wiatr, co chmury pędzi / Białe chmury, puch łabędzi [...]. Przyznam, że tak daleko nie zaszedłem. Dotarłem jedynie na skraj trzech krain, gdzie stoi z drewna ociosana ambona; płynie znad niej kazanie lub dygnitarza gładka mowa. Zanim jednak dotarłem do Trójstyku, w mej skromnej pielgrzymce czekał mnie pewien przystanek.
Pielgrzymka nie jest nadużyciem. Rzeczywiście, wszystko zaczęło się od miejsca kultu. Nie sposób przejść do okazałego domu, nie zauważając drewnianej kapliczki pod wezwaniem NMP Królowej Korony Polskiej. Surowość i skromność drewna jest wymowniejsza niźli kamień i złoto. To tu Najświętszej Panience towarzyszy dziewczyna w cieszyńskim stroju i górnik, który w znoju wyrywa ziemskiej rozpadlinie czarne bogactwo. Deski i każde nabożne pociągnięcie dłuta przepełnione są wdzięcznością za powrót z niegościnnej Syberii Ludwika Konarzewskiego (seniora).
Po dywanie z liści ruszyłem w kierunku rodzinnego sanktuarium Konarzewskich. Willi wybudowanej w Srebrnym Buczniku strzegł kamienny strażnik. Twarz pierwszego malarzy z rodu już na zawsze miała strzec rodzinnych tajemnic, witać i odprowadzać gości do wyjścia. Jeśli w gotyckiej katedrze atmosferę mistycyzmu wprowadzało kolorowe szkło witraży, tak u Konarzewskich podobną rolę odgrywały wielkie okna, nie bez powodu wpuszczające światło do pracowni kilku pokoleń artystów.
Podążałem za gospodynią, pomieszczenie za pomieszczeniem, wciągając się w sagę rodu Konarzewskich. O pierwszym z nich – Ludwiku seniorze, Maria Konopnicka napisała tak: Odkrył Istebną jak Chałubiński odkrył Zakopane. Zachwycił się niewysłowionym urokiem miejsca, prostotą pierwotnego obyczaju i sabałową, subtelną mądrością mieszkańców. Zachwycił się i pozostał… Próbowałem świat zobaczyć jego oczami: Krajobraz z ostem, Polskę w Kajdanach.
Słuchając opowieści, czułem się jak słoń w składzie porcelany. Wytężałem słuch, trzymałem ręce na wodzy, by przypadkiem nie strącić przyborów malarskich, które pozostały w miejscu, gdzie artyści ostatni raz pociągali pędzlem. Te obrazy nie tylko uwrażliwiały ich na świat, czy były wyrazem ekspresji. One ratowały życie. Wpatrzyłem się w autoportret Ludwika Konarzewskiego (juniora), który pozwolił malarzowi wyratować się z niemieckiej łapanki.
Gospodyni wciągała nas głębiej; nie tylko w rodzinne opowieści, ale we wnętrze swego domostwa. Zwabiło mnie ciepło kominka, przy którym ogrzewałem zziębnięte dłonie. Ach, cóż to był za kominek – jedyny w swoim rodzaju, zwieńczony ceramiczną piramidą z wnękami. Każdą z nich zamieszkiwała podobizna nieżyjących już członków rodziny. Dziś Zaduszki, wczoraj Wszystkich Świętych. Jak rozgorzał płomień, tak to wspomnienie dało o sobie znać. Wyobraziłem sobie gospodynię, jak do wnęk z bliskimi wlewa alkohol, by płonął tak silnie, oświetlając podobizny krewnych, jak silna jest jej więź z krewnymi. Jak się okazuje: czas i przestrzeń nie są barierami dla prawdziwie rodzinnej atmosfery. Bogatszy o to doświadczenie, z ciepłą opowieścią zamiast szalu, mogłem ruszyć dalej.
czwartek, 27 października 2022
Przedawkować Cieszyn, czyli słońce przygasa
Promienny żar tarczy stopniowo przygasał, tracąc swych podniebnych wyznawców, którzy zwrócili się ku południu, gdy chłodny cień padł na północ. Lecz słoneczne ciepło na stałe oparło się o ścianę, rozświetlając jej wbudowany smutek. Historia cyklicznie rozpoczyna się już na schodach Apteki Słonecznej, gdzie w niewielkich odstępach stoi człowiek za człowiekiem, bacząc by nawet mysz się nie prześlizgnęła. Wielką niesprawiedliwością by było, gdyby dreptanie w miejscu okupione cierpieniem, nudą i smarkaniem sąsiada zostało okpione przez sprytniejszego klienta; mówiąc prościej: chama, co się pcha i nie szanuje pewnej hierarchii, w której trwanie prowadzi do zbawiennego końca.
Nigdy nie rozumiałem powyższej sceny. Zawsze była dla mnie powierzchowna. Kręcąc się między dwoma rondami, nie dostrzegałem jej głębi. Samochody wyjeżdżające z bocznych dróg bardziej absorbowały mą uwagę. To oczekiwanie w kolejce przypominało czasy, gdy w budynku mieścił się sklep spożywczy, założony przez Miejski Handel Detaliczny w 1968 roku. Pawilon handlowy był niemym świadkiem niejednego ludzkiego sznura. Kolejki po chleb, po Najświętszy Sakrament, po leki. Oczekiwanie na różnych płaszczyznach potrzeb, świadomości. Łączy je chęć życia.
Łykanie tabletek pozwala nam przetrwać nawet dziesięciolecia. Paskudna w smaku pigułka z bruzdą pośrodku niczym bułka pszenna zaspokaja elementarne potrzeby; staje się chlebem powszednim. Czasami leki zaczynają nam smakować. Słodycz kryjąca się w goryczy jest podstępna. Łakomstwo mami nas długim życiem, witalnością, gęstymi włosami i twardymi paznokciami; żeby tylko. Jemy to, co zapisał lekarz, z czasem urozmaicając tę dietę samemu, gdzie regularność posiłków ma wielkie znaczenie. Nieumiejętność prowadzi do regularnego podtruwania organizmu. Wysiadają organy, rosa perliście osiada na bladej, sflaczałej skórze barwy papierowej torby dawnego typu. Wodniste oczy na moment rozbłyskają niczym supernowa, by zgasnąć dokładne tak, jak przepowiadają naukowcy Słońcu.
Swoją drogą, zastanawiałem się, czy da się przedawkować Cieszyn. I czym jest ten stan odmienny od zakochania się? Wydaje mi się całkiem niebezpodstawnie, że to stan ducha podobny do acedii – choroby duszy. To smutek, przemęczenie, w końcu obojętność. Ojcowie Pustyni dobrze wiedzieli, o czym mowa. Ewagriusz z Pontu dość skrupulatnie opisał zachowania mnichów, którzy dali się omotać „złym duchom”.
Przedawkowanie Cieszyna może mieć niepozorny przebieg. Niepożądane działania nasilają się stopniowo. Problem w tym, że nie ma gdzie ich zgłaszać (biorąc pod uwagę niektóre wpisy w mediach społecznościowych, nie jestem tego pewien), nikt tego nie bada. Częstość występowania skutków nieznana, nie może być określona na podstawie dostępnych danych: niepokój towarzyszący przeglądaniu informacji o mieście, niechęć do uczestnictwa w życiu miasta, pragnienie Cieszyna, jakiego nie ma i nigdy nie będzie, w skrajnych przypadkach nienawiść do tworu takiego, jaki jest, ponadto częste ucieczki poza miasto.
Zobaczyłem to wszystko gdzieś na kamiennym tarasie z widokiem na Beskidy. Otarłem się o to przygasające uczucie, oznaczające osuwanie się na peryferia prowincji, zaszycie się na skraju miasta, by móc na niego patrzeć, tęsknić doń i przeklinać, a w gruncie rzeczy nie móc się oderwać od tego kawałka ziemi. Promienny żar tarczy stopniowo przygasał, granatowy smok Beskidów pożerał słońce.
wtorek, 4 października 2022
Bramy
Być może jestem źle wychowany. Idąc w gości, zwłaszcza pierwszy raz, nie mogę się oprzeć pokusie zajrzenia do czyjegoś księgozbioru, choćby nawet był bardzo skromny. Wpierw omiatam go wzrokiem, wypatruję najciekawszych detali. I choćbym się nie zakochał, jest w mym spojrzeniu pewne pożądanie. Chcę odkryć, co się kryje między kurzem i celulozą. Czy zagięte rogi są ponętne niczym kobieca kibić? Naturę starego satyra przed słabością ratuje tylko proste: Czy mogę?
Mogę i nie muszę prosić o zgodę nikogo, przeglądając zdygitalizowane zbiory Książnicy Cieszyńskiej. Zaglądając w bramę pełną wiedzy, odkryłem, że nie jest to wyłącznie patrzenie w jednym kierunku. Przeglądanie zbiorów nie determinuje czytelnika do spoglądania wyłącznie w przeszłość. Znalazłem na to dowód. Nie mogłem przejść obojętnie obok „Księgi wróżb, geomancji (tzw. remilu) oraz proroctwa na temat zwycięstw muzułmanów w Dalmacji i na Węgrzech”. To jakby nie skorzystać z okazji, by potowarzyszyć Umberto Eco w poszukiwaniu inspiracji do książki. Niestety, radość trwała krótko. Bramy do rozważań bośniackiego mistyka okazały się dla mnie zamknięte, opieczętowane arabskimi symbolami. Poczułem się jak wtedy, gdy zasiadłem w szkolnej ławie, nie umiejąc jeszcze czytać.
Pierwszego
września zostały ponownie otwarte bramy szkoły. Cyklicznej akcji towarzyszyło
niezniszczalne hasło: Witaj, szkoło! Nie uczniu. Co to, to nie. Budynek
należy witać, tak jakby wracało się do domu po długiej nieobecności. Tęsknota
na wielu wymuszona. Podświadomie czuć wojenną atmosferę. Co prawda, w powietrzu
nie unosi się proch, jak w 1939, gdy pod Cieszyn dotarła 45 Dywizja Piechoty
pod dowództwem Friedricha Materny. To raczej coś na kształt rozgrywki w „Chińczyka”. Wszyscy uczniowie znają zasady gry; przesuwają się na planszy
zgodnie z ilością zdobytych oczek, a na koniec roku trafiają do domku. Zbyt
mała ilość oczek w kolejnych turach oczywiście nie pozwala uczniom tam dotrzeć.
Entuzjazm dla uczestnictwa w rozgrywkach wykazują jednostki, którym opresja i
skoszarowanie nie przeszkadza. Czy nie przesadzam? Policzcie, ile szkół
w Cieszynie znajduje się w dawnych koszarach.
Swoją drogą, fortyfikacje mamy także w herbie miasta. Dwie wieże i oczywiście brama z podniesioną kratownicą – otwarta na oścież. Wszyscy sobie to tłumaczą gościnnością Cieszyna, być może słusznie. Nikt jednak nie zważy, że symbolika może być głębsza. Otóż bramy miejskie były otwarte wyłącznie w dzień. Możliwe, że chodzi o budowanie szczęścia, stworzenie małego raju na ziemi – nowego Jeruzalem, gdzie dwanaście bram zawsze stoi otworem, gdyż noc już nigdy nie nastanie.
Ach, jak ten nasz mały raj szemrze. Mury puchną od niezadowolenia; doskwierające ciepło pogłębia tylko to niesympatyczne uczucie i nawet tydzień ulew nie oczyścił atmosfery. Przyznam szczerze, iż nie spodziewałem się, że zamknięcie bramy w Muzeum Śląska Cieszyńskiego wywoła takie poruszenie. Najpierw rozmowy na ulicy i tak kamyk do kamyka wywołał lawinę negatywnych komentarzy, donosów i śledztw dziennikarskich. Bo jakże to tak zamykać? Jakże likwidować skrót do parku? Chronić przed kradzieżą i oddawaniem moczu? Musi być przejście i basta! Nie po to pokoleniom kazano czytać Pana Tadeusza. Tam wszakże w pierwszej księdze już napisane: Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.




