środa, 22 lutego 2023

Cykl duński: Daleko mam do morza

Szum fal niknął za ceglaną fasadą budynków, która broniła mi dostępu do wspaniałego widoku na Morze Północne. Morze cegieł, które jest zupełnie inne od tego, do czego przyzwyczaili nas Niemcy, zostawiając na polskiej ziemi piętno swojej obecności. Mając na myśli polską ziemię – piszę o teraz polskiej. Bo dawniej nie była albo jest to trudne do ustalenia, zwłaszcza gdy więcej niż jedna nacja musiały sobie podporządkować rzeczywistość, wyrywając sobie każdy haust powietrza. Cegły duńskie są elegantsze. Te niemieckie są takie surowe, pierwotne, jakby co dopiero ktoś wymyślił cały proces technologiczny. Duńskie cegły bronią dostępu do morza na zupełnie innym poziomie. Za tymi niemieckim są jeszcze polskie doliny i pola. Daleko mam do Bałtyku.

Esbjerg jest stosunkowo młodym miastem, całkiem zgrabnie urządzonym. Część mieszkalna może chłonąć kolejne połacie ziemi. Przedmieścia Esbjerg z domkami w amerykańskim stylu przerzedzają zwartą zabudowę centrum. Nadbrzeże jest zupełnie inne. Industrialny charakter tej części miasta ma jedną zaletę – nie rozrasta się. Nie jest w stanie. Morze odpiera ataki pożądliwej dłoni ludzkiej. Nordycki olbrzym Egir wraz z dziewięcioma córkami stoi na jego straży.

Każdy pobyt nad morzem wzbudza we mnie zachwyt. Zwykle jest słonecznie. Morze Północne oferowało zgoła odmienne wrażenia: zimno i spokój. Po piasku dumnie kroczyły niedobitki turystów, szukając wrażeń w chłodzie drobinek pod stopami oraz szumie fal, którego akurat nie tłumił hałas 

z pobliskich doków lub okrzyki nadmorskiego ptactwa. Trzeba mieć charakter, by odnajdywać piękno w surowych warunkach. Na szczęście nie spadł deszcz.

Swoją drogą, morze kojarzy mi się z przygodą. Sól osiada na takielunku. Z bocianiego gniazda nie widać nic. Biała mgła niczym przepaska na pirackim oku odcina od zmysłów, wprowadza niepokój. Za sterem stoi Burt Lancaster, grający tytułowego Karmazynowego pirata. Innym razem ciszę mąci dźwięk tajemniczego złotego dzwonu. To płyną Długie łodzie wikingów.

Przygoda dzisiaj nie jest nam dana. Próba na morzu, walka z namiętnościami, demonami we własnej duszy, rytuał przejścia, odrodzenie. To nam nie grozi. Nie może budzić zachwytu Niewolniczy statek Turnera ani jego Holenderskie statki w wichurze. Ta gwałtowność wyrażona pędzlem, ona przeraża. Wiatr zwiastuje burzę. Zamiast łamać nam żagle, przetrąca nam kręgosłupy. Już się nie da wstać.

Żagle zastąpił silnik. Kominy znikły w smoczym wyziewie, napędzane węglem. Kogo zastanawia, jak to wszystko się porusza? Ocean stał się mikroskopijny, jak gdyby zmieścił się w całej ładowni. Zastąpiły go piętra statku wycieczkowego, najlepiej takiego z kilkoma basenami. Na leżakach prężą się półnagie ciała. Cała przygoda mija pod parasolkami na wskroś słodkiego drinka. Uśmiechy, wzrok pogardy, pieniądze. Taki okręt rozerwał białego kaszalota, zatopił ostatecznie Nautilusa. Hemingway mógłby ponownie sięgnąć po strzelbę. Spoglądam na białe olbrzymy przy plaży; widzę swoją karłowatość.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

W styczniowym krajobrazie tkwi jakiś smutek

W styczniowym krajobrazie tkwi jakiś smutek. Spiętrzony śnieg, który stanowił pewną przeszkodę, zaczyna ustępować zuchwałej wodzie, która drobnymi kroplami sączy się, by w końcu rozlać się na cieszyńskie drogi wartkim potokiem, pozostawiając na swej drodze bajora niczym ślady łez na chustce higienicznej. To, co śnieżnobiałe - szarzeje, potęgując niechęć do całego otoczenia. Smutek, szarość rzeczywistości zalewa świat, który być może i ma inne kolory, ale one nie walczą. Jest koniec stycznia, a to przywodzi na myśl czechosłowacką ofensywę. Cała radość chyba ukryła się za linią Wisły. Tam przynajmniej turyści cieszą się ze śniegu.


Dwa razy dziennie przemieszczam się ulicą Bielską. Wjeżdżam od ulicy Korfantego, by wyjechać w kierunku ulicy Stawowej. Po południu wybieram wyjazd ulicą Brodzińskiego. Dynamiczne zmiany, jakie zachodzą w tym rejonie Bobrku, z jednej strony cieszą, a z drugiej zatrważają. Wpierw widziałem wymianę okien. Ramy wypadały z murów. Dałem się oszukać tej pozornej modernizacji gmachu, bo parę dni później został zrównany z ziemią. Budynek przy ulicy Bielskiej 57 przeszedł do historii. Restauracja Ernsta Brunnera, Spółdzielnia Pracy Tapicerów, sklep z meblami z Niemiec. Na co komu te wspomnienia?

Cieszyn się rozwija. Na gruzowisku po nieboszczce – Fabryce Automatyki Fach, której budynek administracyjny przyozdobiony był nawet szarfą pogrzebową ze wskazaniem wymyślonego mordercy, sprzątane są stalowo-kamienne wieńce. Ciężki sprzęt przygotowuje teren pod nowego inwestora. Chodzą słuchy, że zbudują nam OBI. Mam mieszane odczucia co do użycia słowa „nam”. My możemy skorzystać przy okazji. Czy plotka okaże się prawdziwa? Przyjdzie nam jeszcze poczekać na weryfikację tej pogłoski. Może jednak szybciej niż na remont zapadającej się ulicy Przepilińskiego. 

Swoją drogą, nie da się tak narzekać w nieskończoność. W naszym mieście doszło do spektakularnej zmiany. Znów punkt dla Bobrku. Pod koniec stycznia zlikwidowano ostatecznie SPAR. Na otarcie łez zmieniono szyld, by otworzyć w Cieszynie Auchan. Ta wieść oszołomiła mnie na tyle, że nie dotarłem na otwarcie sklepu. Nie wjechałem na sklepowym wózku pod łukiem z balonów niczym wódz rzymski. Zamiast wawrzynu mógłbym przyozdobić się kiścią bananów z promocji, a dzieci pragnące lizaka przypominałby mi w nieskończoność: Hominem te memento!

środa, 28 grudnia 2022

Cykl duński: Trzy oblicza recepcji

W Konradzie Wallenrodzie, w drugiej jego scenie Adam Mickiewicz opisuje wieżę wraz z jej mieszkanką – Aldoną, pustelnicą. Pisze tak o tej budowie: W środku lasu samotna błyszczy za Niemnem wieżyca, Był to klasztor zakonnic, chrześcijan smutna budowa. Podobne odczucia towarzyszyły mi, gdy zobaczyłem po raz pierwszy hotel Ansgar w duńskim Esbjerg. Biały, ascetyczny klasztor wciśnięty między bezkres cegieł. Widok ten raczej skromny, nie napawał optymizmem. Na szczęście fasada nie rzutowała na całokształt tego miejsca. Mnie zaś przyszło zaakceptować, że to tylko część duńskiej estetyki.

Drewniana boazeria zapraszała gości nie gorzej niż czerwone dywany. Zapach politury dawno ulotnił się, ustępując miejsca pyłowi, niesionemu na butach podróżnych z różnych zakątków świata. Stalowa kratka w przedsionku nie była żadną przeszkodą dla drobinek; prześlizgiwały się niczym typy spod ciemnej gwiazdy przez mury miejskie, strzeżone przez słabo opłacanych strażników miejskich. Stanąłem wraz z kolegą przy ciemnym kontuarze, który odgradzał recepcjonistkę od gości niczym Wał Atlantycki, którego część z resztą przebiega przez Półwysep Jutlandzki, gdzie się znajdowaliśmy.

Za recepcyjną ladą siedziała kobieta po pięćdziesiątce, ubrana w rdzawą suknię z dzianiny. Tak przynajmniej zakładałem, gdyż widziałem ją wyłącznie od pasa w górę, co nie pozwalało dokładnie przyjrzeć się jej naturze, a jedynie snuć pewne domysły. Długie włosy w tonacji podobnej do jej ubioru przecinały srebrzyste pasma. Nie był to efekt niedbalstwa recepcjonistki, a jak zdążyłem zaobserwować później wśród tutejszych kobiet, zaakceptowanie metamorfozy, którą nieuchronnie przynosi wiek dojrzały. Patrzyła na nas spod okularów. To nie było ganiące spojrzenie; nie mieliśmy do czynienia z żadną harpią. My z kolei nie przebyliśmy szmatu drogi, by kogokolwiek w heroiczny sposób zgładzić. Usposobienie obu stron było pokojowe. Ona chciała dobrze wykonać swój obowiązek, my pragnęliśmy tylko rozprostować kości po trudach podróży. Niestety, byliśmy zbyt wcześnie, dlatego przyszło nam jeszcze odrobinę poczekać. Ostatecznie o miłym usposobieniu recepcjonistki zadecydowała propozycja napicia się kawy z samoobsługowego ekspresu ciśnieniowego, który stał w sali restauracyjnej. Już wiedziałem, że to ten typ kobiet pokroju cioci May Parker, przede wszystkim – troskliwej.

Swoją drogą, recepcja naszego hotelu była czynna tylko do 22.00. Domyślaliśmy się, że taki stan rzeczy może wynikać z braku rąk do pracy. W przeciwnym razie, w recepcji być może nie znalazłby się blond włosy anioł. Nie wydawał się ani słodki, ani w żaden sposób interesujący. Trząsł się niczym galaretowata bełtwa festonowa, której nie brakowało w Morzu Północnym, okalającym duńskie Esbjerg. Nasza meduza wcale nie stanowiła zagrożenia (chyba że dla samego siebie), jak mylnie kiedyś założył Artur Conan Doyle w jednej z przygód Sherlocka Holmesa. Natomiast niebezpieczeństwo stanowiliśmy my. Chcieliśmy niestandardowych danych na fakturze. Obyło się bez ofiar.

Dzięki Bogu drugi dokument załatwiliśmy kolejnego dnia, kiedy swą wartę w recepcji pełnił wysoki brunet. Reprezentował sobą pewność siebie i profesjonalizm. Żadne pytanie, ani nawet żadna prośba nie stanowiły dla niego problemu. W srebrnej kamizelce niczym w napierśniku mężnie bronił dobrej opinii o hotelu Ansgar. W poczuciu obowiązku zasiadł do laptopa. Głośna, nieco leciwa drukarka wypluła fakturę. Panowie płacicie kartą, gotówką? – padło pytanie z ust bruneta. Błysk karty w ręku mówił wszystko. Perfekcyjna angielszczyzna była zbyteczna. Przynajmniej tym razem.

sobota, 24 grudnia 2022

Opowieść wigilijna

Na pytanie o to, jakie poleciłbym książki świąteczne, odpowiadam zgodnie z prawdą, że żadnych. Podobnie mam z filmami. Oczywiście, nie czepiam się biednego Kevina, ani innych tworów pop-kultury. One mają swoje miejsce i czas. Przede wszystkim jednak nie należy psuć wesołej atmosfery tym, którym się ona udziela. Być może moja obojętność (nie uważam tego za niechęć) wynika z tego, że te opowieści nigdy u mnie nie przekładały się na rzeczywistość świąteczną. A może być tak, że mam traumę z czasów gimnazjum, kiedy zostałem przez polonistkę przyłapany na nieznajomości Opowieści wigilijnej Karola Dickensa. Za karę musiałem zabrać się za lekturę drugi raz. Do tej pory nie sięgnąłem po więcej książek tego autora, chociaż są uznawane za znakomite na całym świecie.


Swoją drogą, słowo trauma wydaje się kluczowe w odczytywaniu świąt tych i kolejnych. Gazety, czasopisma, media społecznościowe zalewają nas historiami o krzywdzie, jaka spotyka przy wigilijnym stole. O tych szpilkach wbijanych nam w serce nie gorzej niż Szczęki u Spielberga. To wieczerza strachu przed niewygodnymi pytaniami, krzywymi spojrzeniami, niechcianymi prezentami i ohydnymi pocałunkami starych ciotek, pachnących naftaliną. To nie jest noc, w której Światło rozświetla mrok. To zmierzch ciepła, przebaczenia. To triumf Pana Grozy.


Jeśli kto twierdzi, że drwię, nie przebił się przez pozór. Bardziej chodzi o troskę. O to, że ludzie, którzy doświadczyli czegoś niekoniecznie dobrego, zwłaszcza w tak wyjątkowy wieczór, są utrzymywani w przekonaniu, że inaczej być nie może, a jeśli może, to tylko z dala od toksycznej rodziny. Rodzina już inna być nie może. Oczekujemy od niej więcej, bo są bliscy. Ale też prawda, że rodzina ma to do siebie, iż może sobie pozwolić na więcej. Tyle że zamiast nabrać grubej skóry, ona się robi cieńsza niż pergamin. Jesteśmy bezbronni wobec reszty świata, który nawet z definicji nie powinien nas kochać tak jak rodzina.

Wigilia rano. Stary diesel mruczy niczym rozleniwiony kot. Śnieg, który nas prawie zabił, a przynajmniej denerwował, znikł. Smutne plamy niczym po łzach na serwetce, zdobiły cieszyński krajobraz. Stalowe niebo przecinały reklamy rozpostarte na wieżowcach, konkurując na nieboskłonie z symbolem MacDonalda. Pierwszej gwiazdki nie było. Chyba zaspała za górami po czeskiej stronie Beskidów. Ta historia nie kończy się smutnie. Bo Wigilia to nie tylko obecności przy stole, ale także wielkie i mniejsze nieobecności. Pojechałem na cmentarz ewangelicki zapalić znicze; przynieść zmarłym także Światło.

piątek, 2 grudnia 2022

Cykl duński: Biała cela

Jospehowi Rothowi – wiecznemu tułaczowi, XX-wiecznemu wcieleniu Argusa, rozgoszczonemu w hotelowej przestrzeni, mistrzowi sprzed wieku, w istocie publicyście, którego tytulatura mogłaby śmiało konkurować z  tą przysługującą Najjaśniejszemu Panu.

Szafirowe runo wykładziny podłogowej w hotelowym korytarzu miało wyłącznie funkcję estetyczną. Maskowało zabrudzenia wnoszone przez przypadkowych lokatorów, które zostawiali, odcinając się od świata zewnętrznego. Jednak zupełnie wierzchnia warstwa podłogi nie łagodziła dźwięków wydawanych przez deski, które przykrywała. Tym samym, przybysz nie mógł pozostać niepostrzeżony. Jego przybycie obwieszczało rozchodzące się echo, odbijające się od białych ścian. Stara poręcz wypolerowana niczym stopnie Akropolu dołączała swym dźwiękiem, tworząc kakofoniczny dwugłos, nie mniej przeraźliwy niż w Grocie Króla Gór w wykonaniu Apocalyptyki.

Czy zakradłem się do pokoju niczym Peer Gynt? Stawiałem kroki na wąskich schodach, lecz bardziej przypominało to krążenie po labiryncie Wilhelma z Baskerville wraz z młodym nowicjuszem. Turkusowa walizka stukała kołami o stopnie niczym zęby zziębniętego benedyktyna, który mistrzowi miał świecić kagankiem podczas odgadywania tajemniczych symboli. Tak i ja przystawałem na każdym półpiętrze, spoglądając to na drzwi, to na klucz. Porównywałem cyfry arabskie, jak gdybym nigdy na oczy nie widział tych znaków. Już tylko dwoje drzwi oddzielało mnie od obiecanego miejsca spoczynku, oferującego wytchnienie po podróży. Minąłem jeszcze niedyskretnie umocowaną deskę do prasowania (dobrze, że była), a także szereg białych drzwi. Całe szczęście z żadnych nie wyjechał chłopczyk na rowerku, ani nawet nie napotkałem dwóch bliźniaczek.

Winda nie była konieczna. Nowoczesna maszyneria psułaby atmosferę tego miejsca, pełnego zaułków i przejść. Musiałaby zająć miejsce schowku na miotły i bieliznę, zza którego drzwi wystawała sylwetka pokojówki. Pardon. Teraz mówi się: pracownica służby pięter. Ta nowoczesna nazwa zupełnie nie pasowała do tego miejsca. A co więcej nie dodawała temu zawodowi szacunku. Żadne słowo, nie zastąpi: nienachlanego uśmiechu, słów „dzień dobry” oraz po prostu nienaprzykrzania się. Narzekanie na głos też niewskazane, zwłaszcza na korytarzu.

Mechanizm zamka, powoli ruszył. Właściwy klucz, poszczerbiony tak, by pasował do zamka, ustawiał zapadki w odpowiedniej pozycji, co ostatecznie pozwoliło mi wejść do środka - do nowego lokum na trzy noce. Zbyt krótko bym mógł się poczuć jak u siebie w domu, wystarczająco by oddać się odpoczynkowi po rozpakowaniu bagażu.

W tym skromnym pokoju było coś z klasztornej celi. Białe, skandynawskie wnętrze przydawało mu pewnej surowości. Do ściany przysunięto łóżko. Naprzeciwko zaś stało niewielkie biurko, służące mi do pracy. W przeciwległym koncie zamiast drewnianego zydla stał obity czarną skórą, niewielkich rozmiarów fotel, z którego można było spoglądać wprost do lustra. Widząc w nim zmęczone oblicze, porzuciłem baśniowe rozmyślania o diabelskim zwierciadle, którego odłamek mógłby wpaść do mego oka i odmienić mój charakter. W obcej ziemi na próżno by szukać Gerdy.

W każdej klasztornej celi powinien wisieć krzyż – symbol męki Chrystusa. Oczywiście z uwagi na różnych gości, żadne symbole w hotelowym pokoju wisieć nie mogły. Krzyż można by samemu wyciągnąć z torby i postawić na biurku, lecz w torbie nowoczesny człowiek miał tylko laptopa. Jednak spostrzegłem prosto nad drzwiami białej celi, nad portalem do oraz z innej rzeczywistości – symbol wiary współczesnego człowieka – ufności w bezpieczeństwo. Czujka dymu i detektor płomieni, jakże były sugestywne. Jak doskonale przypominały credo: byle żyć jak najdłużej, oby wstać jutro. Po komplecie lampka nocna zgasła.