wtorek, 4 października 2022

Bramy

Być może jestem źle wychowany. Idąc w gości, zwłaszcza pierwszy raz, nie mogę się oprzeć pokusie zajrzenia do czyjegoś księgozbioru, choćby nawet był bardzo skromny. Wpierw omiatam go wzrokiem, wypatruję najciekawszych detali. I choćbym się nie zakochał, jest w mym spojrzeniu pewne pożądanie. Chcę odkryć, co się kryje między kurzem i celulozą. Czy zagięte rogi są ponętne niczym kobieca kibić? Naturę starego satyra przed słabością ratuje tylko proste: Czy mogę?

Mogę i nie muszę prosić o zgodę nikogo, przeglądając zdygitalizowane  zbiory Książnicy Cieszyńskiej. Zaglądając w bramę pełną wiedzy, odkryłem, że nie jest to wyłącznie patrzenie w jednym kierunku. Przeglądanie zbiorów nie determinuje czytelnika do spoglądania wyłącznie w przeszłość. Znalazłem na to dowód.  Nie mogłem przejść obojętnie obok „Księgi wróżb, geomancji (tzw. remilu) oraz proroctwa na temat zwycięstw muzułmanów w Dalmacji i na Węgrzech”. To jakby nie skorzystać z okazji, by potowarzyszyć Umberto Eco w poszukiwaniu inspiracji do książki. Niestety, radość trwała krótko. Bramy do rozważań bośniackiego mistyka okazały się dla mnie zamknięte, opieczętowane arabskimi symbolami.  Poczułem się jak wtedy, gdy zasiadłem w szkolnej ławie, nie umiejąc jeszcze czytać.

Pierwszego września zostały ponownie otwarte bramy szkoły. Cyklicznej akcji towarzyszyło niezniszczalne hasło: Witaj, szkoło! Nie uczniu. Co to, to nie. Budynek należy witać, tak jakby wracało się do domu po długiej nieobecności. Tęsknota na wielu wymuszona. Podświadomie czuć wojenną atmosferę. Co prawda, w powietrzu nie unosi się proch, jak w 1939, gdy pod Cieszyn dotarła 45 Dywizja Piechoty pod dowództwem Friedricha Materny. To raczej coś na kształt rozgrywki w „Chińczyka”. Wszyscy uczniowie znają zasady gry; przesuwają się na planszy zgodnie z ilością zdobytych oczek, a na koniec roku trafiają do domku. Zbyt mała ilość oczek w kolejnych turach oczywiście nie pozwala uczniom tam dotrzeć. Entuzjazm dla uczestnictwa w rozgrywkach wykazują jednostki, którym opresja i skoszarowanie nie przeszkadza. Czy nie przesadzam? Policzcie, ile szkół
w Cieszynie znajduje się w dawnych koszarach.

Swoją drogą, fortyfikacje mamy także w herbie miasta. Dwie wieże i oczywiście brama z podniesioną kratownicą – otwarta na oścież. Wszyscy sobie to tłumaczą gościnnością Cieszyna, być może słusznie. Nikt jednak nie zważy, że symbolika może być głębsza. Otóż bramy miejskie były otwarte wyłącznie w dzień. Możliwe, że chodzi o budowanie szczęścia, stworzenie małego raju na ziemi – nowego Jeruzalem, gdzie dwanaście bram zawsze stoi otworem, gdyż noc już nigdy nie nastanie.

Ach, jak ten nasz mały raj szemrze. Mury puchną od niezadowolenia; doskwierające ciepło pogłębia tylko to niesympatyczne uczucie i nawet tydzień ulew nie oczyścił atmosfery. Przyznam szczerze, iż nie spodziewałem się, że zamknięcie bramy w Muzeum Śląska Cieszyńskiego wywoła takie poruszenie. Najpierw rozmowy na ulicy i tak kamyk do kamyka wywołał lawinę negatywnych komentarzy, donosów i śledztw dziennikarskich. Bo jakże to tak zamykać? Jakże likwidować skrót do parku? Chronić przed kradzieżą i oddawaniem moczu? Musi być przejście i basta! Nie po to pokoleniom kazano czytać Pana Tadeusza. Tam wszakże w pierwszej księdze już napisane: Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.

niedziela, 18 września 2022

Tessin capta!

W wielowiekowej historii antycznego Rzymu miasto zostało zdobyte trzykrotnie, z czego dwa razy pod koniec starożytności. Podczas drugiego napadu Wizygoci pod wodzą Alaryka przebili się przez  Mury Aureliana, łupiąc doszczętnie miasto. Wówczas mieszkańcy Wiecznego Miasta zawodzili: Roma Capta! Rzym wzięty! Nie mieściło się w głowach mieszkańców cesarstwa, że nie dali rady odeprzeć barbarzyńców – nienależących do ich świata. To pogardliwe określenie pojawiło się już u Homera, który określił w ten sposób sojuszników Trojan, naśmiewając się z ich sposobu mowy. Przypisywał im używania bełkotliwych słów: bar-bar.

Niestety, Rzymianie nie wyciągnęli wniosku z tego, że nie są jedynymi zdolnymi do podboju. Osiedli na laurach, przez co wawrzyn już nie miał na czyich skroniach zagościć. Zresztą człowiek zwany ostatnim Rzymianinem zmarł parę lat przed tym, nim trzeciego złupienia Rzymu dokonali Wandalowie, którym przewodził Gejzeryk. Zapomniano przez wieki, że ten najazd miał swoje powody i był w dużej mierze konsekwencją zerwania pewnych ustaleń między dwoma potęgami. Natomiast po dziś dzień pamięta się, jakich zniszczeń dokonali w mieście najeźdźcy; słowo wandalizm stało się synonimem dla bezmyślnego zniszczenia.

Tradycja wandalizmu, chociaż jest zupełnie bezrefleksyjna,  ma się całkiem nieźle w mieście nad Olzą. Jeszcze wczoraj za Olzę spoglądał piastowski książę z wysokiego wzgórza. Nie przetrwał nocy. Podcięto mu nogi. Kamienne ciało zrodzone  dłutem Jana Raszki runęło twarzą w błoto. Nieobmytego, upodlonego, zostawiono, jak leżał, rany obowiązując biało-czerwoną taśmą – dla bezpieczeństwa.

Swoją drogą, śmiało można powiedzieć: Tessin capta! Cieszyn wzięty! Wandale regularnie atakują miasto, bo żadna bariera ich nie zatrzymuje. Wymowna jest bezkarność sprawców. Raz rozwalą kosz, innym razem przewrócą fortepian. W zasadzie to bez znaczenia, w momencie, gdy rozkłada się ręce, pokładając nadzieję w działach kamer i obywatelskiej czujności. 

Winni jesteśmy kolektywnie my – obywatele. Po pierwsze, dlatego, że to my zapłacimy ze swoich podatków. Z niemałym rozbawieniem przeczytałem, jak burmistrzyni przypomniała sobie, czyje w kasie miejskiej są pieniądze. Jak do narracji pasuje, to pieniądze są obywateli, innym razem – miasta. Po drugie, dlatego, że pozwalamy być władzy słabą. Nie interesujemy się, co władza czyni, ani tym bardziej czego nie robi. Naszym zaniechaniem są sny o potędze miasta – jego blaskach, które zakrywają cienie. W końcu jesteśmy jak Rzymianie, a przed nimi Grecy, którzy myśleli, że są z lepszej gliny niż barbarzyńcy i nic już im nie zagraża.

wtorek, 23 sierpnia 2022

Przywitanie z Wieżą Babel

Ranek był dżdżysty, co zdawało się źle wróżyć o wiecu. Niedługo dogoniliśmy pochody, zdążające do Cieszyna i z początku wymijaliśmy je. Potem tłumy szły całą szerokością szosy, więc mąż kazał jechać w tempie równym z krokiem pieszych, wysiadł wraz ze Staszkiem i przyłączyli się do pochodu. Nikt chyba z Polaków, mężczyzn i kobiet w zagłębiu nie pozostał w domu, tak potężna była rzeka ludzka, płynąca ku Piastowskiej wieży, wzbierając strumieniami z okolicznych wsi i wiosek. Takie same rzeki i strumienie, na znak dany przez Radę Narodową, płynęły z całego Cieszyńskiego, z gór i dolin, a najpotężniejsze z Karwiny i Trzyńca. Przez główny most w Cieszynie pochody zza Olzy szły godzinami i godzinami - Zofia Kirkor-Kiedroniowa, Wspomnienia. Cz. 2. Ziemia mojego męża, Kraków 1988

Tego dnia, kiedy zasiadłem do pisania, również było deszczowo. Co prawda, dynamika opadów była zupełnie inna. Nie sposób było nikogo dostrzec za oknem. Deszczowe organy swymi ciężkimi tonami zagłuszyły rockowe solówki kosiarek, które tradycyjnie już w letnie, sobotnie przedpołudnie rozbrzmiewały na cieszyńskich posesjach. Patrzyłem przez okno bez żadnego celu. Szyba nieśmiało ukazywała me odbicie i  odgradzała od oczyszczających strug.  Szukałem znaków na niebie – jakiegoś rozwiania wątpliwości.

Nie wiedziałem, czy i kiedy uda mi się napisać kolejny tekst. Kiedy dostałem propozycję pisania do Tramwaju Cieszyńskiego, przypomniały mi się słowa brytyjskiego noblisty – Winstona Churchilla, który miał powiedzieć: Nie marnujmy dobrego kryzysu. Uważam, że kryzys twórczy takim właśnie jest: dobrym. Pozwala uporządkować myśli, odpocząć, nabrać dystansu, a także wyciągnąć dalsze wnioski. Niestety, kluczowe dla przerwania jakiegokolwiek impasu jest zebranie się w sobie i wykorzystanie jednego z punktów na naszej osi czasu. 

Niewątpliwie takim punktem była rozmowa z Marcinem Mońką wewnątrz tramwajowego wagonu, którego okna wypełnione archiwalnymi fotografiami  Cieszyna, pobudziły nas do rozmowy o mieście. Marcin zachęcając mnie do tego, bym regularnie jeździł Tramwajem, obiecał opiniotwórczy pluralizm, co w żadnym wypadku nie oznacza światopoglądowej równowagi - parytetów konfesji, płci oraz innych wyznaczników ludzkiej tożsamości. Miałem pisać wraz z innymi autorami, ukazując różne spojrzenia na Śląsk Cieszyński. Tyle szczegółów.

Na początku tekstu nieprzypadkowo przywołałem wspomnienia Zofii Kirkor-Kiedroniowej, gdyż ten opis w pewien sposób ożywia me wyobrażenia o dalszym moim pisaniu. Na łamach Tramwaju Cieszyńskiego felietony ma pisać parę osób o różnej wrażliwości, poglądach i życiowym doświadczeniu. Wyobraziłem sobie nas jako tych, co wyszli z przeklętej wieży, zburzonej ręką Boga. Będziemy do Was, Drodzy Czytelnicy, zwracać się zupełnie innymi językami. Będziemy pisać o tych samych miejscach, ale w ten sposób, jakby to były wręcz zupełnie inne miejsca albo nakładające się na siebie rzeczywistości. Może będziemy się spierać, pisać polemiki lub organizować publicystyczne ustawki. Jest również spora szansa na to, że staniemy na czterech końcach miasta i będziemy prowadzić swe monologi. Rzekłem czterech? Ups… Ten brak dyskrecji.

Mamy w Cieszynie własną wieżę, symbolicznie podobną do tej w kraju Szinear. Zdążamy w jej kierunku, wirujemy, miotamy się bezwiednie, szukając szczęścia w jej cieniu. Jako mieszkańcy miasta i okolic możemy różnić się od siebie wszystkim, mieć sprzeczne interesy i pogląd na pewne sprawy. Jednak to poplątanie języków, choć ważne, bo zaburza nam komunikację, przysłania to, co najważniejsze: nasze miejsce tu na Ziemi. 

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Myśli o wodzie

Od rana, kiedy tylko dostałem ostrzegawczą wiadomość, obserwowałem wiszące niebo. Osąd pochmurnego oblicza był nieodgadniony. Spadnie, nie spadnie? Nagrodzi, czy ukarze? Jedno jest pewne: oczyści ziemię. Obserwacje te mogłyby się wydać czytelnikowi nudne. Pożytek z tego żaden, oko zaś jest niedoskonałym urządzeniem pomiarowym. Już lepiej mieć przetrąconą kość dekadę wcześniej. Ta metoda jest pewniejsza niż prognoza pogody.

Tak przypadkiem, trochę z nudów zacząłem szukać  wody w ziemi. Zamiast wdepnąć w kałużę, wsiąkłem w artykuł z Kalendarza Ustrońskiego, którym zostałem obdarowany. Na chybił trafił wybrałem tekst o szukaniu źródeł Wisły. Któż się tam do ich szukania nie zabierał. Ludzie różnej narodowości, księża różnej konfesji, geografowie i kartografowie. Wydeptywali ścieżki na Baraniej Górze po śladach wilków. Z Ustronia tylko jeden chłop znał drogę. Reszta by się straciła.

Na Baranią Górę jako niewielki brzdąc wdrapywałem się z dziadkiem. Już wtedy wiedziałem, że góry to ja lubię oglądać z daleka. Za to chętnie wybierałem się z nim do Ustronia na kajaki. Oczywiście w życiu nie wsiedliśmy razem do podłużnego wehikułu. Zawsze wybieraliśmy nieco bezpieczniejsze rowerki wodne, na których opływaliśmy miejski staw dookoła. Ze smutkiem przez lata zaglądałem w to zaniedbane miejsce, które kaleczyło centrum uzdrowiska. Jakże wspaniale przeczytać, że miasto odnowi to miejsce. A jeszcze lepiej będzie tu popływać z własnymi dziećmi.

Swoją drogą, odnowiono basen uniwersytecki w Cieszynie. Muszę przyznać, że wyjątkowo szybko się tam pojawiłem, ale to tylko dlatego, że brakowało mi pretekstu, by po wielu latach powrócić do pływania. A to człowiekowi się nie chce, a to ma coś ciekawszego do roboty, innym razem przeszkadzają mu dzieci. Teraz nie miałem wyjścia. Musiałem sprawdzić, jak zmieniło się to miejsce.

Zapomnijcie o zielonych kafelkach, pamiętających poprzednią epokę, wypłukanej fudze i czyhającej za rogiem grzybicy. Wystarczyła opaska, przekroczenie elektronicznie sterowanych drzwi i już można było stanąć pod natryskiem, by znaleźć się zaraz w niecce basenu. Było pustawo, ale to akurat atut. Zanurzyłem się w letniej wodzie. Ciecz oplatała moje ciało. Uspokoiłem się. Cisza dudniła mi w uszach. Ale tylko do momentu, gdy ktoś z obsługi włączył nieznaną mi melodie. To ten typ ścieżki dźwiękowej, która pojawia się w serialu podczas sceny znalezienia topielca. Nie zniechęciło mnie to do pływania. Machałem kończynami, aż brakło mi sił; płuca rzęziły, brzuch zaś niezwykle piekł. Po wyjściu czułem się, jakby zwiększyła się grawitacja. Już wiem, że znów pomyślę o wodzie.

wtorek, 31 maja 2022

Odrobione lekcje

Gdy jasne promienie słońca przebijają się przez szarość szkolnej szyby, uczeń przestaje wsłuchiwać się w monotonny głos nauczyciela. Ręka opada z sił, znacząc zeszyt w linie kleksami. Innym razem zaś głos więźnie w gardle, gdy trzeba przed całą klasą wyrecytować wiersz, którego treść znacznie szybciej opuści pamięć ucznia, niż się tam znalazła. Za oknem Sali lekcyjnej kusi ciepło i dźwięki dobiegające z pobliskiego placu zabaw. Nic nie może konkurować z okrzykami radości. Tymczasem trzeba odrobić lekcje.

Mimo lenistwa, dla niepoznaki nazwanego przeciwnościami losu i mnie udało się odrobić zadanie. To były lekcje z Pilcha. Nie jakieś tam rozległe doktoryzowanie się, pisanie traktatów, ale zwykłe zanurzenie się w słowie. No przynajmniej takie po kostki. Muszę przyznać, że ta głębia nie jest już taka ciemna i nieznana, jak poprzednio, gdy dostałem zaproszenie na pierwszą edycję festiwalu literackiego „Granatowe Góry”. Rok temu wybierałem się do Wisły ze świadomością, że ja nawet nie wiem, czy tego Pilcha lubię. Miałem wyłącznie pewność, że jest pretekstem, dla którego stworzono literackie wydarzenie.

Poziom wody opadał, odsłaniając białe golenie czytelnika, który próbował płynąć pod prąd rzeki, w kierunku Partecznika, skąd nogi wyrastały nieboszczykowi Pilchowi. Chciałem zrozumieć, dlaczego ostatecznie tam nie spoczęły, zwrócone w kierunku progu. Jednakże udało mi się zajrzeć do pilchowego limba, w którym pisarz pozostał po śmierci. Wpierw wylądowałem na wyspie z felietonami, gdzie w osobliwy sposób Pilch rozprawiał się z chińskim komunistą, który miał ogromny apetyt na książki. Jerzy Pilch bezpardonowo poddawał ocenie kolegów od pióra. Czasem spoglądał na nich z pobłażaniem, innym razem gromił ich za styl, pragnąc przeciągnąć zbrodniarzy pod kilem. Nie ma wątpliwości, że Jerzy Pilch, co by o nim nie powiedzieć, był szczery aż do bólu. Wiatr gorzkiej prawdy mógł łamać żagle. Ale czy koledzy się nim przejmowali? Zawodzenie wiatru uniemożliwia poznanie odpowiedzi. Jest zbyt daleko.

Tymczasem do plaży, na której można by zagrać w piłkę nożną, dopłynęła butelka o ciemnym zabarwieniu. Zamiast listu wydobyłem woń mocnego, podłego alkoholu, który nie uskrzydla. Sprawia, że problemy namnażają się, mimo tysięcy historii ku przestrodze. Leku nie ma, pragnienie potęguję ułomności u życiowych rozbitków. Syreny pojawiają się raz za razem, doprowadzając do obłędu nieroztropnych marynarzy.

W tym roku nie dotrę na festiwal. Brakuje mi sił; tratwa wydaje się jakby bardziej dziurawa. Gdyby jednak los sprzyjał, przycumowałbym do „Granatowych Gór”. Szukajcie ich na mapach, być może piętrzą się bliżej niż za linią horyzontu, widzianą z bocianiego gniazda. Może i Wam uda się trochę liznąć Pilcha albo innych literatów.